Kwantechizm 2.0, czyli klatka na ludzi

16 kwietnia 2022

Andrzej Dragan 


Kwantechizm 2.0, czyli klatka na ludzi
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2022

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Dlaczego w nocy jest ciemno?

Pytanie to w tytule postawione tak śmiało, roku pańskiego tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego i piątego, o ile pamiętam – wczesną jesienią – sprawiło, że zyskałem pierwszy „murowany” stopień na świadectwie maturalnym, chociaż do samej matury było jeszcze wiele miesięcy, prawie cały rok szkolny 1965/66. Przedmiot nie należał do ważnych ani kluczowych w ówczesnym systemie edukacji ogólnokształcącej, był nauczany w wymiarze jednej godziny lekcyjnej tygodniowo, tylko w klasie jedenastej (czyli ostatniej), najczęściej przez wykładowców fizyki lub geografii, i nazywał się nieskromnie: astronomia. W moim dziewiątym liceum uczeniem (uczeniem – to chyba zbyt śmiałe twierdzenie, zważywszy na ubóstwo i zacofanie ówczesnej podstawy programowej; bardziej pasowałoby wklepywanie…) astronomii zajmował się fizyk, wykładowca genialny i budzący zasłużony respekt – profesor Tadeusz Lis.

Astronomia wtedy wykładana wedle jakiegoś rutyniarskiego podręcznika doktrynalnie tkwiła w prostej, sprawdzonej epoce kopernikańsko-newtonowsko-galileuszowskiej. Odbyły się już pierwsze loty w kosmos. Ale w podręczniku nie było żadnego Einsteina ani Heisenberga, żadnego Wielkiego Wybuchu, żadnego promieniowania Penziasa/Wilsona, żadnych czarnych dziur ani tym bardziej – horribile dictu! – kwantów. Wyłożone było ex cathedra, że Wszechświat jest strukturą hieratyczną i hierarchiczną, zabudowaną jednostajnie i liniowo, niezmienną we wszystkich kierunkach i przede wszystkim – NIESKOŃCZONĄ. Zaś wszystko było materialistycznie proste i wytłumaczalne wedle praw dialektyki – takich samych dla ruchów ciał niebieskich jak i dla ruchów społecznych.

Wrzucając na arenę możliwej dysputy prowokacyjną kwestię nocnej ciemności ryzykowałem oczywiście, że profesor każe siadać (z lufą w tyłku i dzienniku) – ale tak się nie stało; może dlatego, że nie użyłem żadnych argumentów kosmologicznych, żadnego Einsteina i żadnej zakrzywionej czasoprzestrzeni. Użyłem tylko logiki i matematyki. A wywód wyglądał mniej więcej tak: skoro wszechświat jest nieskończony, to ciał niebieskich emitujących własne światło (gwiazd, galaktyk i innych obiektów) jest w nim nieskończenie wiele. Przeto gdy nasze Słońce chowa się na noc (wybaczcie tę trywializację) to pozostałe obiekty, których jest nadal nieskończenie (minus jeden) wiele, winny zapewnić ciągłość świecenia w nieskończonej ilości. Nieskończoność bowiem, symbolizowana pięknym w swej prostocie znakiem – ma osobliwą właściwość. Jakiekolwiek bowiem wykonamy na niej lub z jej udziałem działanie – wynikiem zawsze będzie nieskończoność. Nieskończoności na przykład nie można ująć ani podzielić – zawsze wynik będzie nieskończonością. W przypadku światła gwiazd podobno maleje ono wraz z kwadratem odległości (czy jakoś tak). No i co z tego? Pomniejszona porcja nieskończonego z wyjściowego założenia światła nadal powinna być nieskończona. Ale nie jest – co przecież widać. Ciemność widzimy, ciemność… Wniosek może być tylko jeden, w postaci szalonej alternatywy: albo w kosmosie matematyka nie działa, albo Wszechświat jednak jest skończony.

Po krótkim namyśle (co się nigdy nie zdarzało, bo profesor na ogół nie musiał myśleć, albowiem wszystko wiedział) – profesor złożył obietnicę, że sobie o tym wszystkim w ciągu roku szkolnego porozmawiamy, a mnie z „wieczystą” piąteczką odesłał do ławki. Obietnic profesor Lis dotrzymał, czyniąc istotny wyłom, choć na małą skalę, w ówczesnym systemie edukacji. Od tamtego czasu interesują mnie problemy kosmologiczne – na tyle, na ile pojąć je może człowiek bez stosownej wiedzy matematycznej i fizycznej, a lektury popularyzacyjne z tej dziedziny staram się oswajać, nie zaś pomijać z tym typowo polskim poczuciem niższości-wyższości, właściwej polskim głąbom i kołtunom – nie rozumiem, więc jestem ponad to! Wiecie zatem, dlaczego przeczytałem Dragana. Ale lektura „Kwantechizmu” to coś więcej, znacznie więcej…

Bo to nie jest jeszcze jedna praca popularno-naukowa (niezaliczana do dorobku, nie dająca punktacji ani nie podkręcająca licznika cytowań), którą autor z łaski na uciechę napisał an chybcika w przystępie olśnienia, że przydałoby się zmienić starego opla na nową dacię… To nie Dragan, to by się po nim nie pokazało (aczkolwiek w rzeczy samej nic w takiej, ani każdej innej popularyzacji zdrożnego nie ma) – ten-ci jest uczciwym uczonym, poważnie traktującym misję i postulat oświecania. Dragan zorientował się (a może to zakładał czy wręcz tego chciał…), że w swej beznarzędziowej (tylko kartka i ołówek) pracy fizyka-teoretyka doszedł do etapu, w którym zebrać należy to wszystko do kupy i wrzucić w intelektualną przestrzeń publiczną w postaci teorii jakieś lub choćby hipotezy zgrabnej. Przeto wespół z profesorem Arturem Ekertem z Cambridge (ale w zasadzie z Rzeszowa) opisali pewne osobliwości – ujmijmy to w sposób wielce ogólny – ruchu materii, mieszczące się w zakresie zainteresowań dziedziny fizyki, zwanej mechaniką kwantową, Słowem, najtrafniej definiującym status cząstek (ściślej: układów kwantowych) w obszarze ich teorii (a może lepiej – odkrycia), jest splątanie. Nie potrafię objaśnić, o co w tym wszystkim chodzi (choć mniemam, że rozumiem co nieco), przestrzegałbym wszakże przed wyższościowym lekceważeniem tej teorii z powodu rzekomej nieprzydatności do czegokolwiek praktycznego. Dla kryptologów (czyli teoretyków i praktyków szyfrowania przekazywanej informacji) Ekert z Draganem warci są zapewne dużo więcej złota niż obaj w sumie ważą… Odkrycia Ekerta i Dragana są niezwykle ważne w dziele uszczegółowienia i pełniejszego pojmowania teorii względności Einsteina, co znaczy, że obaj profesorowie znaleźli się na krótkiej liście kandydatów do Nobla. Obaj są sześćdziesięciolatkami, można się zatem spodziewać (co wynika z uśrednienia noblowskiej tradycji i praktyki), że za jakieś dziesięć, może raczej piętnaście lat, gdy już osiągną „fizyczną” dojrzałość (to znaczy spadną – dzięki grawitacji oczywiście – ze swoich gałęzi Drzewa Wiadomości, bo nie będą mieli dość sił, by się utrzymać…), stosowny Komitet wezwie ich do Sztokholmu, by pokwitowali odbiór dyplomów, medali i czeków.

W oczekiwaniu na Ten Dzień profesor Dragan szlifuje swój „Kwantechizm, czyli klatkę na ludzi” (ta wersja, którą teraz czytałem i o której piszę, jest 2.0). Profesor uznał bowiem, że musi tymże ludziom opowiedzieć mechanikę kwantową i teorię względności. Opowiedzieć ludziom, którzy ani nie są fizykami jak on, ani nie mają wykształcenia ścisłego na odpowiednim poziomie (a prawdę mówiąc, mogą nie mieć żadnego wykształcenia…). Opowiedzieć ludziom, którzy na dźwięk słów „mechanika kwantowa” i „teoria względności” reagują zniecierpliwionymi grymasami, czasem przekleństwami, a w ogóle uprzejmą prośbą, by się od nich odpieprzyć i głowy nie zawracać. Z tej populacji może jeden na tysiąc (sam się karcę za nadmierny optymizm – może jeden na dziesięć tysięcy), przyparty do muru, powie: no dobra, profesorku, nawijaj, ale tak, bym zrozumiał… Bo jak nic nie skapuję, to szkoda czasu – a ty stawiasz flaszkę.

Dragan podjął wyzwanie i w rezultacie dostaliśmy tekst nie tylko przekonujący – ale nadto rzadkiej urody językowej, nienaganny w formie samego opowiadania i zborny intelektualnie. Istota techniki narracyjnej Dragana polega na takim podtrzymywaniu gotowości poznawczej intelektu czytelnika, by zdziwienia nie paraliżowały ciekawości. Idzie bowiem o to, że w procesie objaśniania mechaniki kwantowej co rusz natykamy się na takie splątania (a zwłaszcza na osobliwie typową sytuację, gdy łańcuch przyczynowo-skutkowy ulega odwróceniu, czyli najpierw następuje skutek, a po nim dopiero pojawia się przyczyna; albo moja ulubiona ciekawostka – gdy cząstki materii – jeśli ich akurat nie mierzymy, nie obserwujemy w jakikolwiek sposób – potrafią z punktu A do punktu B wędrować jednocześnie kilkoma różnymi drogami i sposobami), że nasz wytrenowany na standardowej logice umysł odmawia współpracy – w zamian wysyłając lekko obrażony komunikat: stop kidding me, fellows! Idzie zatem o to, by przeskoczyć ten punkt niewiarygodności i zapytać – no dobra, teraz pokaż once more, jak to wykombinowałeś… I właśnie to Dragan potrafi, i w swej książeczce uprawia na masową skalę. No i szczęście w tym, że pilnuje, by nie skaleczyć się brzytwą Ockhama…

Nie jestem pewien, czy wszystko z wywodu profesora Dragana dobrze zrozumiałem i zapamiętałem. Nie o to chodzi – wszak światu nie jest potrzebny nowy (ale nieperspektywiczny, bo już stary, z mocno wyługowaną zdolnością percepcji świeżych, odmiennych od dotychczasowego doświadczenia, idei) adept mechaniki kwantowej. Wszak nie wezmę udziału w budowaniu komputera kwantowego, ani się go nie doczekam – nie wspominając już o używaniu takowego (bo niby do czego?). Nie będę też niczego szyfrował kwantowo, ani deszyfrował. Nie mam takich tajemnic wokół siebie, które wymagałyby wyrafinowanej techniki zapominania/przypominania. Czy zatem chodzi tylko o wiedzę i świadomość, jak to wszystko działa? Tak – o to chodzi – jak i z czego zbudowany jest świat, jak upływa nam czas i co się jeszcze zdarzy. Przeto nie rżnij głupa, obywatelu – potencjalny czytelniku „Kwantechizmu”. Dostajesz unikatową szansę prawdziwie epistemologiczną – zajrzeć głębiej i pójść jeszcze ciepłym tropem myśli ludzkiej. Nic praktycznego pewnie z tego nie wyniknie – ale ja tam lubię wiedzieć, co i jak. I nie ma, że za trudne. A głupolom, sceptykom, niedowiarkom albo „dowiarkom”, ale w innego Mechanika, ślę życzenie – a kwant wam w oko!

Tomasz Sas
(16 04 2022)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *