Ostatni smrek

28 marca 2026

Maria Gąsienica-Zawadzka 
Ostatni smrek
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2026

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5

Za dużo, za gęsto…

Niedobre myśli, które mnie naszły po lekturze poprzedniej książki Maryny z Gąsieniców – czyli „Ciemiężycy” (rekomendacja w tym blogu – 18 lipca 2025 roku) – ze wszystkim nie odeszły, gdy odkładałem „Ostatniego smreka”. Nadal mniemam, iż pisarskie ambicje pani Gąsienicy-Zawadzkiej nie pokrywają się (w sensie: są jednak większe…) z jej czysto intelektualną sprawnością wartkiego, niezakłóconego niczym opowiadania. Skłamałbym wszakże nieżyczliwie, gdybym utrzymywał, iż przez te kilka ostatnich miesięcy jej ambicje i sprawności nie zbliżyły się ku sobie. Bo zbliżyły się wyraźnie – głównie za sprawą doskonalenia prozatorskiej praxis

No cóż – biegłości w konfabulowaniu (w pozytywnym sensie!) pani Gąsienicy odmówić nie można żadną miarą. Pomysł wykreowania góralskiego sprzysiężenia, mającego na celu „odceprzenie”, per fas et nefas, Kościeliska – jednej z najpiękniejszych wsi podtatrzańskich – by przywrócić naturalny porządek rzeczy (znaczy wedle plemiennej, góralskiej woli) i odzyskać rodzime pejzaże – wydaje się być cokolwiek naiwny. Nawet po „uzbrojeniu” intrygi w nieodzowny na Podhalu aspekt ekonomiczny (ech, te dutki…) sprawa nie wygląda szczególnie wiarygodnie. Lecz przecież nie o to chodzi… To kwestia ślebody imaginacyjnej – autorce wolno stworzyć figurę ideowo zmotywowanego autochtona, który chce się pozbyć przybyszów – w imię wierności prawom i obyczajom przodków. W skomercjalizowanym do cna tubylczym świecie wygląda to wprawdzie wyjątkowo anachronicznie (a może nawet groteskowo), ale mieści się w granicach prozatorskiej poprawności i dopuszczalności fabularnej. Tyle że ledwo, ledwo… I ta „ledwość” nakazuje uważniej przyglądać się machinacjom interpersonalnym wprowadzanym w tok narracji przez autorkę. Innymi słowy: góral (nawet po przejściach kryminalno-penitencjarnych) wymyślony z misją oczyszczenia kościeliskich polan i hal (przy pomocy ognia, szantażu i zbrodni) ze szkodliwego elementu napływowego, domaga się wzmożonej uwagi czytelniczej (może nawet zdrowym zaprawionej sceptycyzmem) – a to z racji wysokiego nieprawdopodobieństwa egzystencjalnego motywów. Uwierzyłbym bez trudu, gdyby o ojcowiznę chodziło – wszakże z zamiarem pobudowania kolejnego pensjonatu, knajpy, wyciągu czy parkingu wysokopłatnego. Ale dla ideologicznej czystości? Dla sąsiedztwa wolnego od ceperskiego smrodu? Dla powrotu do tradycyjnych plemiennych wartości tudzież imponderabiliów? No nie – bo to naiwne i fałszywe, to całe tango Anawa… W pazernego górala uwierzę łatwo, w szlachetnego harcownika tradycji – nie. Proszę o wybaczenie, pani Maryno z Gąsieniców, ale fantazja też ma swoje granice.

No i te świerki gonne, strzeliste, czcią otaczane równą starym totemom i bóstwom. To oczywiście fikcja kompletna, produkt nieokiełznanej wyobraźni autorki… W słowiańskim panteonie (skądinąd nad wyraz słabo rozpoznanym i opisanym przez etnologów – w porównaniu do równoczesnych struktur wierzeń celtyckich, germańskich i normańskich) istnieją bóstwa i inne niższej rangi figury transcendentalne, powiązane z drzewami lub wręcz z nimi utożsamiane – osobliwie z dębami, buczyną i właśnie smrekami; ba, nawet przydomowe jabłonki i leszczynowe gaje mają swoje duszki opiekuńcze, czasem rozciągające swą moc i na ludzi z sąsiedztwa. Ale niczego takiego jak nordycki Yggdrasil (święty jesion) – wszechogarniający i fundamentalny – w słowiańskiej mitologii nie było. W jej góralskiej mutacji takoż – na pewno.

Więc autochtona z Kościeliska, oddającego boską cześć smrekowi gdzieś na polanie pobok Kosarzysk i Magury Witowskiej – zamiast gorliwie modlić się do wszystkich stanów skupienia chrześcijańskiego Boga – trudno mi sobie wyobrazić; autorka chyba przekroczyła granicę prawdopodobieństwa fabularnego. Granicę zborności narracyjnej… I granicę potrzeb, wyznaczaną przez brzytwę Ockhama. Idzie bowiem o to, iż historia wyznawców świętego smreka jest w warstwie fabularnej dobrej (samowystarczalnej skądinąd!) intrygi kryminalnej obmyślonej przez autorkę (zorganizowana grupa przestępcza, „kolekcjonująca” atrakcyjne działki na Podtatrzu – z pobudek ekonomicznych na równi z potrzebą zaprowadzenia sprawiedliwości i tradycyjnego porządku plemiennego) całkowicie zbędna. Bo to inne historie są, a każda z nich zasługuje na osobne opowiadanie. Pani Mario – więcej dyscypliny narracyjnej i wstrzemięźliwości; jest pani zbyt rozrzutna.

Z drugiej wszelako strony z pewną taką łatwością, podszlifowaną przez wieloletnie i wielokrotne „obserwacje uczestniczące”, mogę sobie wyobrazić figurę miejscowego górala – osobliwie zaś uprzywilejowanego mieszkańca (jednego z circa trzech tysięcy) Wspólnoty Leśnej Uprawnionych Ośmiu Wsi – szczególnej struktury prawa własności nad trzema tysiącami hektarów lasów i polan w tatrzańskich dolinach – Chochołowskiej i Lejowej; widzę go, jak idzie w las, a piórko sie mu migoce, on zasie patrzy na smreki z czułością i oddaniem. Jeno miast bojaźni bożej w oczkach migają mu cyferki kalkulatora (wyskalowanego w dutkach naturalnie), obliczającego, ile kubików desek da się przetrzeć z tego świerczka w tartaku, albo ile płaz na chałupę da się wyciąć z pnia po zwaleniu. I to jest ta moc… Zresztą wystarczy popatrzeć na łysiejące pod drwalskimi siekierami i piłami zbocza Kominów Tylkowych, Starej Roboty, Jarząbczej, Iwaniackiej przełączki czy płaśni podle Mnichów za schroniskiem Blaszyńskiego. Najtęższy halny wiatr by tak sobie nie porządził…

I to by było na tyle w kwestii świętych smreków. Póki jeszcze stoją – bo gdy wszystkie zerżną (a nastąpi to szybko – ani się nie obejrzą), a mieszkańcy ośmiu uprawnionych wsi obudzą się z rączkami w nocnikach. Wtedy chłopcy rzucą się z ciupażkami na siebie nawzajem, szukając winnych (czytaj: najsilniej wzbogaconych na ścięciu lasu). Wybaczcie tę dygresję – jako wyzbyty złudzeń bywalec (ponad sześćdziesiąt lat – i to nader intensywnie) tamtych stron nie mogłem się powstrzymać…

Reszta narracji pani Gąsienicy wydaje się w porządku. Cóż jednak z tego, skoro główna jej oś szwankuje? Oczywiście – możemy się cieszyć pobocznymi drobiazgami, zakopiańskimi didaskaliami i tzw. klimatem ogólnym tudzież „obsadą” podstawowych postaci intrygi. W roli pierwszoplanowej, prowadzącej śledztwo i wiążącej wątki, pani Gąsienica obsadziła niejaką Jagę Biernacką – trzydziestoletnią dziennikarkę, zatrudnioną w lokalnym „Tygodniku Podhalańskim” (ta gazeta istnieje naprawdę i dobrze się ma; nie wiem tylko, czy jej wydawcy Jerzemu Jureckiemu spodoba się lekko satyryczny i nieco zgryźliwy portrecik tygodnika), obciążoną traumatycznymi zaszłościami, ale powoli wydobywającą się na spokojne, ustabilizowane wody prowincjonalnej zakopiańskiej egzystencji (dzięki między innymi obiecującemu narzeczeństwu z Arturem – lokalnym policjantem). Towarzyszą jej dwaj „skrzydłowi”: Marcin – młody wikary z kościeliskiej parafii, ksiądz w miarę nowoczesny, wszelako ogarnięty manią nawracania (i smakosz owocowych żelków) – oraz Kuba – tajemniczy fotoreporter z redakcji „Tygodnika”… Z drugiej zaś strony niezwykle udane, choć może nieco przerysowane w swym demonizmie wydają się figury protagonistów tych trojga muszkieterów śledczych – główny czarny charakter Góral i jego pomagier, syryjski (tak, tak!) zabijaka Halny.

Nie ulega wątpliwości, iż pani Gąsienica-Zawadzka robi ludzi lepiej niż robi intrygę. Nawet na drugim i trzecim planie postacie są dopracowane i wiarygodne. Nawet zaludniające tło figurynki do jednorazowego użytku sprawiają wrażenie przemyślanych. To umiejętność kreacyjna niezbyt często pojawiająca się u nas na prozatorskim rynku. I w tym sensie wielce obiecująca; może bowiem oznaczać, iż nasza autorka (jeśli talent do robienia ludzi zachowa) ponownie wzniesie się także na wyżyny sztuki opowiadania – choćby porównywalne z osiągnięciem w debiutanckim „Gniewie halnego”. Niczego więcej od niej nie oczekuję. Szczęśliwie zresztą wygląda na to, iż pani Maryna z Gąsieniców nie da się odwieść nikomu od zamiaru pisania prozy kryminalno-sensacyjnej. Taki ma plan na życie. Może się tak zdarzyć, że czytelnicy ją i jej pisarstwo polubią i wesprą. Czego z całą życzliwością życzę i oczekuję… Tylko niech pani dobrze przemyśli dylemat brzytwy Ockhama!

Tomasz Sas
(28 03 2026)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *