William Dalrymple 
Złoty Szlak
Przełożyła Berenika Janczarska
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2025
Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5
Świat jest drogą…
1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 0… Ten ciąg znamy jako cyfry (wtedy, gdy są graficznymi przedstawieniami używanych w systemie liczenia znaków) lub liczby (gdy są oznaczeniami wartości i pozycji w systemie liczenia) arabskie. W nazwie kryje się oczywiście wyraźna sugestia pochodzenia matematycznego systemu dziesiętnego – z Arabii mianowicie, czemu zresztą nie przeczył znamienity propagator systemu – włoski uczony matematyk Leonardo z Pizy, znany powszechnie jako Fibonacci (czyli syn rodu Bonaccich). Jego dzieło „Liber Abaci”, kopiowane masowo i cieszące się estymą kupców i bankierów, w pewnym sensie zrewolucjonizowało księgowość i w ogóle praktykę posługiwania się liczbami (a tzw. ciąg Fibonacciego – 1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21 itd… – to kamień milowy zastosowań matematyki jako takiej). Ale Fibonacci raczej nie wiedział, że jego arabscy nauczyciele i mentorzy są tylko… pośrednikami, a tak naprawdę system liczenia dziesiętnego powstał dużo wcześniej (zanim Arabowie – wyznawcy Allaha i jego proroka Mahometa, wyłonili się z piasków pustyni bliskowschodniej i zaczęli cokolwiek znaczyć) oraz parę tysięcy mil dalej na wschód – w żyznych dolinach rzek Indusu, Gangesu i Brahmaputry, czyli w Indiach po prostu…
Indyjski system liczenia wszelako sam nie przyszedł nad Morze Śródziemne. Ale jak, którędy, za czyją sprawą? To dobre pytanie. Ale gdy się zważy, że ludzkość cała, która w kąciku Afryki powstała, skolonizowała dostępny świat w trybie wędrówki pieszej (trochę wspomaganej żeglugą na byle czym) – to dylemat cokolwiek się rozjaśnia. Intelektualny dorobek ludzkości po prostu szedł karawanami i konwojami – kawałek po kawałku, ze wschodu na zachód, z zachodu na wschód, z południa na północ, tędy i owędy – mimo przeszkód i oporu materii (szarej). Myśl okazała się towarem eksportowo-importowym, na równi ze złotem, szlachetnymi kamieniami, bawełną, jedwabiem, pieprzem oraz gałką muszkatołową (i co tam jeszcze te karawany nosiły). No i przewozić ją było łatwiej – po części przecież w głowach uczonych i nauczonych, zaś rękopiśmienne kodeksy i księgi zapewne nie sprawiały takich trudności w transporcie jak korzenne przyprawy…
Rejon świata między wschodnimi krańcami Europy a zachodnim skrajem wielkiego oceanu, na południe od Himalajów i stowarzyszonych z nimi wyżyn, na południe od niegościnnej Syberii – od tysiącleci tętnił ruchem. Nieustanna zmiana położenia była immanentną cechą zamieszkujących (to pojęcie dość względne…) tamte terytoria ludów, narodów i milionów (dosłownie) aktywnych życiowo jednostek. Wędrowali żołnierze (w wiadomych, oczywistych celach), kupcy, mnisi, wyznawcy bogów w oczekiwaniu zbawienia, biedacy dla poprawy losu, pasterze poszukujący zielonych pastwisk, prorocy, uczeni, złodzieje, łowcy i marzyciele, czepiający się wiary, że coś być musi, do cholery, za zakrętem drogi, za horyzontem. Prawdę mówiąc – wszyscyśmy wędrowali, w swoim czasie.
Nasza malutka Europa jest na końcu tych wielkich szlaków. Prawdę mówiąc – dalej już się iść nie dało (popatrzcie na mapy i globusy). To dlatego zapędzeni w kąt Półwyspu Iberyjskiego i przyparci do wielkiej atlantyckiej wody neandertalczycy wyginęli, wymarli, przepadli (choć dwa procent genów zostawili nam na zawsze). To dlatego wielkie fale wędrujących ludów – Hunów, Germanów, Awarów, Arabów, Słowian, Ugrofinów, Mongołów i wielu innych – wytracały pęd i albo się cofały, albo zmieniały tryb życia na osiadły i roztapiały się w masie dawniejszych przybyszów. Tak, tak – Europa przez większą część swego świadomego (tzn. zaludnionego) istnienia kontynentalnego była zadupiem cywilizacji, appendixem bez globalnego znaczenia. Tylko raz w epoce starożytnej zwrot grecko-rzymski wyniósł Europę – a przynajmniej jej część – do rangi kulturowego sukcesu i cywilizacyjnego przywództwa. I jak to się skończyło? Kiepsko – na szczęście ocalały niewielkie resztki imperialne, które posłużyły do odbudowy potęgi, a Europejczycy odegrali się na ludach Azji, bo jako jedyni na wielką skalę – pomińmy tu zdolności nautyczne ludów Oceanu Spokojnego – opanowali sztukę pływania oceanicznego. Budowali dzielne, trwałe okręty, nauczyli się korzystać z siły wiatru, opanowali sztukę nawigacji, czyli wybierania i odnajdywania kursu.
No i mieli „chińskie szczęście”… Dacie wiarę, że gdy na początku XVI stulecia forpoczty europejskich flot wpływały (od południa) na Ocean Indyjski, to żeglowały po pustych wodach? Po prostu – kilkadziesiąt lat wcześniej, w rezultacie chińskich wojen dynastycznych, na mocy cesarskiego edyktu spalono wielką (liczącą tysiące jednostek) flotę pełnomorskich dżonek, która bez kłopotów pływała do Indii i na wschodnie wybrzeże Afryki, a bodajże też do Australii. Gdyby te jednostki były w służbie, panowie Vasco da Gama i Ferdynand Magellan (to znaczy akurat Magellan swój tyłek bezmyślnie utracił, wdając się w megalomańską awanturę z krajowcami na Filipinach) nie mieliby czego szukać – uratowaliby tyłki, tylko robiąc gracko zwrot przez rufę i oddalając się pospiesznie. No, ale nie musieli – a inni przeciwnicy na tamtych wodach, czyli floty arabskie, hinduskie i sundajskie, nie były tak technicznie i militarnie zaawansowane, a uprawiały w zasadzie tylko żeglugę kabotażową.
Dalrymple w istocie zajmuje się epoką przed pojawieniem się europejskich karawel na azjatycko-afrykańskich wodach – gdy w centrum tamtego świata tkwiły niepodzielnie wielkie, złote Indie, sąsiadujące z monarchią perską, konsumującą resztki niegdysiejszej potęgi i zmagającą się z ekspansją Arabów. Gdy za barierą (ale do przebycia…) Himalajów i Tybetu nieustannie rosła moc Chin, a na wschodzie oceanu kwitły społeczności wielkich wysp Archipelagu Sundajskiego oraz krain Khmerów, Tajów i Wietnamczyków. To jest universum Złotego Szlaku – opowieści o rzadkiej (w sumie dziejów ludzkiej cywilizacji) totalnej kooperacji ludów (aczkolwiek broni też używano od czasu do czasu) – nie tylko na poziomie handlowej wymiany, ale przede wszystkim religijnej osmozy i trwałego, zgoła instytucjonalnego krążenia potencjału oraz dorobku intelektualnego. To Indie – w żadnym zaś razie nie Chiny i ich rozreklamowany, aczkolwiek… nieistniejący w tej skali, jaką się mu przypisuje, drugorzędny w istocie Jedwabny Szlak – były zarazem centrum i osią wędrówki: ludzi, towarów, kapitału, myśli tudzież ideologii, religii, języka, obyczaju. To Indie – nie Chiny – były wtedy, czyli na przełomie tysiącleci, głównym źródłem cywilizacyjnego postępu w dziedzinie myśli.
Jak ten mechanizm promieniowania intelektualnego Złotego Szlaku wyglądał i działał w praktyce? Odpowiedź znajdziecie w czwartym rozdziale dzieła Dalrymple’a – Morzu Klejnotów – o funkcjonowaniu najsławniejszego klasztoru-uniwersytetu buddyjskiego w Nalandze (północno-wschodnie Indie, równina nad Gangesem u podnóża Himalajów; dziś w stanie Bihar). Kilka tysięcy mnichów (od trzech do dziesięciu tysięcy) mieszkało tam na koszt państwa i studiowało w największej bibliotece ówczesnego świata święte teksty buddyzmu. Byli nie tylko rdzennymi Hindusami; przychodzili z Tybetu, Nepalu, Lanki, wysp indonezyjskich, Persji, Indochin, z Chin i Korei. Jeden z takich adeptów buddyzmu – niejaki Xuanzang z Chin – w VII wieku napisał sławną relację z szesnastoletniej podróży do Nalandy i pobieraniu tamże stosownych nauk (potem sam w Chinach był cenionym nauczycielem i reformatorem). Stąd wiemy wiele o przekraczającym granice narodów i imperiów znaczeniu indyjskiej wiedzy o świecie.
Czas byłby najwyższy, by indyjski wkład w cywilizację należycie ocenić i docenić. Wizyta badawcza (nie zdawkowa i żadną miarą nie kurtuazyjna) Dalrymple’a w tej historii ma znaczenie konstytucyjne. Oraz rekonstrukcyjne. Szkocki historyk podjął trud (udany!) przywrócenia Indiom odpowiadającego randze i dorobkowi intelektualnemu tej krainy miejsca w piramidzie zasług dla dziejów współczesnego świata. To coś w rodzaju zadośćuczynienia i oddania honorów – w końcu to Brytyjczycy zadali cios indyjskiej potędze – teraz czas na słuszną rekompensatę…
Tomasz Sas
(27 01 2026)

Brak komentarzy