Na Szewskiej

23 stycznia 2026

Cezary Łazarewicz 


Na Szewskiej. Sprawa Stanisława Pyjasa
Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2024

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5

Takich dwóch jak nas trzech to nie ma ani jednego…

Doświadczenie historyczne poucza, że z każdych trzech opozycyjnie ukierunkowanych kumpli z krakowskiej studenterii lat siedemdziesiątych – jeden nie żyje, drugi popadł w ideologiczną dewocję i fiksację, a trzeci był agentem bezpieki… Smutną tę konstatację poczyniwszy, usiłuję dociec, czemu Cezary Łazarewicz postanowił książkę całą (i do tego wielce absorbującą) napisać o tak zwanej sprawie Pyjasa. Odpowiedź wydaje się oczywista – bo to wciąż ciekawa sprawa jest, i wciąż nierozstrzygnięta definitywnie. Ta druga konstatacja ma charakter mniejszościowy – bo znakomita większość ludzi, którzy w ogóle pamiętają, o co w tej sprawie chodziło, uważa bez wątpliwości, że to zbrodnia esbecka była. I już. Przekonanie jest tak silne, że nie dopuszcza się jakiejkolwiek myśli odmiennej, wątpiącej czy nadal poszukującej. Cień choćby wątpliwości dyskwalifikuje obywatelsko i towarzysko – bo to fundamentalna kwestia jest, najważniejszy mit założycielski antykomunistycznej opozycji krakowskiej i jej wyznanie wiary – ważne do dziś. A kapłanem najwyższym tej wiary jest Bronisław W. – czyli jeden z takich typowych „trzech”. Zgadnijcie – który?

W takim klimacie i w takim otoczeniu, w jednoznacznie ustawionych, krzykliwych dekoracjach i pejzażach – spokojne, obiektywne i wyzbyte emocji pisanie o sprawie jest ekstremalnie ciężkie, praktycznie niemożliwe. Ale Łazarewicz spróbował – zapewne nie dlatego, że chciał zabłysnąć przekorną odmiennością… Raczej z potrzeby odnajdywania sensu, z szacunku dla logiki i reguły brzytwy Ockhama. Zresztą autor ma już w dorobku fenomenalny reportaż o podobnym znaczeniu – „Żeby nie było śladów” (Wydawnictwo Czarne 2016) – poświęcony sprawie Grzegorza Przemyka. Więc „Na Szewskiej” wydaje się być zamysłem konsekwentnym. Aczkolwiek zastrzec należy z całą mocą, że obie książki są diametralnie różne w kwestii ideowego sensu – „Żeby nie było śladów” to bezwzględna demaskacja legendy, stworzonej przez służbę bezpieczeństwa wokół ewidentnego zabójstwa młodziutkiego opozycjonisty Przemyka. „Na Szewskiej” to też próba demaskacji legendy – tylko innej, z odmiennych pozycji ideowych i racjonalnych pobudek napisanej. I przez kogoś innego.

Ale jak to zrobić? Łazarewicz zastosował technologię drobiazgowej rekonstrukcji, która wydawała się formułą względnie najbardziej obiektywną i stosunkowo nieznacznie emocjonalną. Ein schritt vor, zwei schritte zuck – jak mawiają nasi sąsiedzi zza Odry, przystępując do szczególnie skomplikowanej roboty, wymagającej ostrożności i namysłu. Dlatego obraz pewnego przedjuwenaliowego dnia w Krakowie jest tak wyrazisty, trójwymiarowy zgoła i barwny, pełen szczegółów tudzież rekwizytów. Autor ma do detalu rzemieślniczą rękę i talent artysty… A jednocześnie nie traci z oczu zasadniczego horyzontu zdarzeń. Zaś ten przybrany został – nolens volens – w kostium polityczny. Jak prawie wszystko po 1976 roku, czyli po niefortunnej (mówiąc wprost: głupiej i wiernopoddańczej) nowelizacji konstytucji, po Radomiu, absurdalnych decyzjach gospodarczych i kartkach na cukier… W 1977 roku niejasne początkowo, chwiejne i słabo zdefiniowane przeczucie, że tak dalej być nie może – jęło się krystalizować, umacniać (w tym także teoretycznie, ideologicznie…), a nawet organizować, czego świadectwem było tak brzemienne w dalekosiężne historycznie (czego wtedy raczej nikt się nie spodziewał…) skutki powstanie KOR-u. A bezpieka szalała, szalała, rosła w siłę i w budżet. Świat się polaryzował tak szybko i definitywnie, jak nigdy przedtem. Cienie Marca ’68, tak niegdyś ważne dla poprzedniego pokolenia akademickiej wspólnoty, wygasły wprawdzie – podobnie jak niewiele zostało pamięci o Grudniu ’70. Ale wewnętrzny konflikt trwał: Polska mitologiczna kontra Polska realna. Marzenia kontra cztery-osiem i „ścieżki zdrowia”…

Stanisław Pyjas, student piątego roku filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, skromny chłopak z Żywiecczyzny, ze wsi Gilowice, który urodził się… w Krynkach na Podlasiu, bo w okolicy jego matka Stanisława, pochodząca z Ropczyc na Rzeszowszczyźnie, odrabiała nakaz pracy po edukacji nauczycielskiej, zaś jego ojciec Florian z Gilowic był dowódcą strażnicy WOP w stopniu podporucznika. Gdy tata zachorował, co uniemożliwiło służbę i karierę w wojsku, rodzina wróciła do Gilowic – Florian podjął pracę w prezydium powiatowej rady w Żywcu, Stanisława była po staremu nauczycielką. Można zatem powiedzieć, że Pyjasowie należeli do tej osobliwej warstwy wiejskiego proletariatu urzędniczego – wysferzonego już z tradycyjnego chłopstwa, ale zawieszonego w próżni klasowej przynależności i tożsamości. Trudno się przeto dziwić, że ich syn, chłopak inteligentny i ciekawski, skorzystał z edukacyjnej okazji, by dostać się na studia w Krakowie – na Jagiellonce, na filologii polskiej akurat. Wiejskie wysferzenie dobrze współgrało z tym wyborem, z jego abstrakcyjną nieprzydatnością w środowisku społecznym Pyjasa – co innego, gdyby chłopak skierował się ku medycynie, prawu, weterynarii, zootechnice czy dowolnej inżynierii albo wojskowości czy zgoła kapłańskiemu powołaniu. Z tego to i pieniądze są, i ludzkie poważanie, i bezpieczeństwo (etat do emerytury), i wysoka pozycja na rynku matrymonialnym (poza wyborem kariery księdza naturalnie)… Ale chłopak jak ta ćma: bo dużo czytał, bo ładne wypracowania pisał, bo poezję rozumiał – no i poszedł na tę filologię, albowiem chciał się poświęcić pracy naukowej. Nad poezją najlepiej, ma się rozumieć…

Pięć lat później – od pierwszego wejścia do Gołębnika (czyli budynku filologii przy ulicy Gołębiej, bocznej od Brackiej), ale jeszcze wciąż przed dyplomem – Stanisław Pyjas nie wyzbył się ani miłości do poezji, ani ochoty badania takowej naukowo, na co miał wielkie i wszelkie szanse. Ale kim był poza tym? Trochę zgorzkniałym samotnikiem – mimo przyjaźni z Wildsteinem, Sonikiem i Maleszką – z nieuregulowanymi mniej lub bardziej trwale stosunkami z płcią przeciwną. I sam już wiedział, że pije za dużo i to źle się może skończyć. Zresztą napisał o tym (w czymś w rodzaju luźnych zapisków o charakterze dziennikowym) dwa miesiące przed śmiercią – postanawiał ograniczyć swą aktywność o charakterze zapewne politycznym. „Dotychczas pozwalałem sobie płynąć w wirze wypadków, które mi narzucono, wśród spraw, co do których chciano, bym je robił. (…) więc (…) spełniałem oczekiwania innych.” Wiele wskazywało na to, że pragnął istotnie ograniczyć swą aktywność publiczną – i tak raczej pomocniczo-organizatorską (zbieranie podpisów pod petycjami, zbiórki pieniężne na potrzeby KOR-u, itp.). Chłopska akuratność i zgoła „religijna” odpowiedzialność oraz osobista dzielność czyniły z niego idealnego żołnierza sprawy – ale nie był ideowym przywódcą ani intelektualnym guru swego środowiska – nie pisał manifestów, nie był porywającym mówcą ani anarchistycznym rebeliantem; zresztą powoli się wycofywał i zamierzał się zająć własną karierą naukową i życiem osobistym. Najlepszy dowód to odmowa uczestniczenia w spotkaniu grupy krakowskiej z wysłannikami KOR z Warszawy w starej bacówce pod Turbaczem w Gorcach; Staszek jako jedyny ze ścisłego grona przyjaciół w góry nie pojechał. Chyba miał dość politykowania – i jeszcze jakieś dwa tygodnie życia przed sobą…

W nocy z 6 na 7 maja (dokładna godzina nie została ustalona, choć wiarygodni biegli skłaniali się ku tezie, że było około 3.30…) 1977 roku na klatce schodowej kamienicy przy ulicy Szewskiej 7 w Krakowie doszło do dramatycznego w skutkach zdarzenia (jego natura też w zasadzie nie została definitywnie ustalona) – 7 maja o godzinie siódmej rano jeden z mieszkańców kamienicy znalazł zwłoki płci męskiej blisko schodów na parterze i zawiadomił milicję. Zwłoki zidentyfikowano na miejscu (dokumenty były w ubraniu) jako Stanisława Pyjasa, studenta uniwersytetu; przed drzwiami jednego z mieszkań na drugim piętrze znaleziono chlebak, należący zapewne do denata. Tak się dokonał żywot prawdziwego Staszka P. – górala żywieckiego, studenta polonistyki na Jagiellonce, początkującego poety z poważnym, docenianym na uczelni potencjałem naukowym i twórczym. Jednocześnie „życie po życiu” rozpoczęła figura Stanisława Pyjasa – bohatera opozycji antysocjalistycznej, fundatora (choć nieumyślnego) mitu założycielskiego krakowskich studenckich środowisk oporu przeciw tak zwanej Polsce Ludowej.

Cezary Łazarewicz z właściwą sobie i jak zawsze podziwu godną skrupulatnością rekonstruuje wszystko, co się wtedy, przedtem i potem zdarzyło. Jego warsztat w sensie sprawności i dokładności niczym się nie różni od roboty benedyktyńskiego rękopiśmiennego kopisty, układacza bizantyjskich mozaik czy ręcznego tkacza perskich dywanów. Ale nie chodzi mu o to, by poprzestać na wiernym odtworzeniu faktów – Łazarewicz z równą uwagą wśród splotu zdarzeń szuka kilku odpowiedzi. Te przecież, do cholery gdzieś muszą tam tkwić… Ale gdzie?

Lektura rekonstrukcyjnego reportażu Łazarewicza – wielopłaszczyznowego i wielofunkcyjnego jak niewiele podobnych tekstów w naszej tradycji piśmiennictwa historyczno-politycznego – jest doświadczeniem o nieocenionej doniosłości epistemologicznej. W sensie dochodzenia do prawdy. Łazarewicz napisał w s z y s t k o – żadnego faktu nie pominął, pochylił się nad każdym wątkiem, każdym przypuszczeniem, każdą opinią. Hipotezy przebadał skrupulatnie – sine ira et studio. Własne emocje – jeżeli je miał – wyciszył skutecznie i głęboko. Dołożył należytej staranności na poziomie daleko wyższym niż nakazywałaby przyzwoitość badawcza. No i co? I nic. Dochodzenie do prawdy nie powiodło się. A to znaczy, że w tej sprawie nie powiedzie się już nigdy. Wątpię bowiem, czy kiedykolwiek ktokolwiek dołoży tyle wysiłku co Łazarewicz, by rozpracować na nowo fakty, zdarzenia i towarzyszące im okoliczności nieco ogólniejszej natury. A tu przecież, by poznać prawdę, byłoby trzeba postarać się jeszcze bardziej, przekopać więcej piargów, odsypanych po ekscesach Historii.

Po doświadczeniu Łazarewicza można chyba – z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością – dowodnie przyjąć, iż ostatecznej, przesądzającej wszelkie dylematy prawdy w tej sprawie dociec się nie da. A w miarę upływu czasu bardziej i jeszcze bardziej. Pełne spektrum faktów, dowodów i poglądów jest u Łazarewicza – na nowe, odmienione czy pogłębione raczej nie ma już szans. Więc wszyscy, który jeszcze interesujemy się sprawą Pyjasa, pozostaniemy rozpięci między hipotezą nieszczęśliwego wypadku (upadek z wysokości), a zbrodnią polityczną o nieustalonych motywach, inspiracjach i przebiegu – ale z domyślnie, intuicyjnie wiadomymi sprawcami: funkcjonariuszami krakowskiej służby bezpieczeństwa lub ich pomagierami z kryminalnego półświatka. I to by było na tyle. Reszta to ballada prozą o bezradności wobec Historii. Te fakty wydają się nie do okiełznania. Dlaczego? Fundamentalne pytanie stawia tu Łazarewicz…

Wydaje się wszelako, że w tej sprawie opór materii nigdy już nie zostanie przezwyciężony, a mit nie zostanie – przynajmniej formalnie – zdekonstruowany. Zresztą ten mit żyje własnym życiem, na nim opiera się pamięć zbiorowa i tożsamość plemienna pokolenia studenckich aktywistów opozycyjnych – pokolenia, które jeszcze nie całkiem odeszło z życia publicznego – a mit sprawy Pyjasa jest tworzywem jego pokoleniowej identyfikacji. Fabularnym lepiszczem, które przecież nie musi mieć wyraźnego, przesądzającego związku ani z rzeczywistością, ani z prawdą. Ważne, że się dobrze opowiada… Lektura makroreportażu Łazarewicza nie staje w poprzek mitu; to element innego porządku intelektualnego. Jedną z dodatkowych zalet tego tekstu jest istniejące niby integralnie, ale łatwe do wypreparowania osobliwe studium przypadku Ketmana, czyli Lesława Maleszki – to jakby książka w książce. W wolnej chwili zróbcie eksperyment i przeczytajcie „Ketmana” osobno – wstrząsające przeżycie emocjonalne – nawet gdy już dziś ani to ziębi, ani grzeje – prawie nikogo…

Historia jest panią złośliwą, przewrotną i wredną – czasem pochłania to, co winno być objaśnione, czasem wywleka na wierzch dobrze zakopane kości i ślady. Więc na wszelki wypadek niech Cezary Łazarewicz warsztatu nie zamyka…

Tomasz Sas
(23 01 2026)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *