Łukasz Garbal
Wańkowicz. Życie na kraterze
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025
Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5
Jednego takiego tylko mieliśmy…
Miałem w swym życiu czytelniczym i zawodowym krótki (to chyba dobrze) okres fascynacji Wańkowiczem – w późnych latach 60. i potem 70. ubiegłego wieku. Seryjnie kupowałem i pochłaniałem tomy dzieł pisarza, wydawane wtedy przez PIW, a gdyby nie serdeczna znajomość, a w zasadzie przyjaźń (dziedziczona z ojca na syna) z najwybitniejszym łódzkim księgarzem tamtej epoki, Janem Gierańczykiem z „Pegaza”, ksiąg znanych pod tytułami „Przez cztery klimaty” oraz „Karafka La Fontaine’a” czy tomiku „Prosto od krowy” pewnie nie mógłbym nabyć nawet spod lady – w trybie wymiany dóbr i usług uchodzących ówcześnie za „metale ziem rzadkich”. Ale uzbierałem wiele – kiedyś policzyłem, że na moich półkach „wańkowicziana” zajmują blisko półtora metra, a dokładnie 148 centymetrów (plus jeszcze kilkadziesiąt centymetrów w ustawianych osobno seriach). Lecz cóż z tego? Kurz zbierają tylko – choć nie wszystkie; często coś w nich sprawdzam – Wańkowicz bowiem zawsze miał porządne indeksy i przypisy, czasem szeroko wykraczające poza ścisłą materię wywodu. A poza wszystkim nie mam już zbyt wiele czasu na powroty do lektur dawnych i ledwo pamiętanych (i to daleko ważniejszych niż mistrzowskie wańkowiczowskie tomiszcza).
O co zatem chodzi z tym Wańkowiczem? W zasadzie to już chyba o nic. Jest to bowiem twórczość z gatunku tych, które po okresie burzliwych, gwałtownych erupcji ostygły i weszły w fazę spokojnej sedymentacji w środowisku aluwialnym wód ciepłych (ale w temperaturze pokojowej), powolutku powiększającej zasób trwały kultury polskiej. Nieubłagany czas sprawił, że tamte warstwy osadowe znalazły się już pod masą gruzu i rumoszu napływającego z bezustannie wszczynanych coraz to nowszych awantur – tak, że trudno jest nawet je zidentyfikować, nie wspominając już o ich odkopywaniu. W celach naukowych, sentymentalnych, publicystycznych, kronikarskich i sprawozdawczych czy dowolnych innych. Ale znajdują się tacy, co odkopują. Z różnych powodów, o które należy pytać każdego z kopaczy z osobna.
Gdyby zatem zapytać Łukasza Garbala, po co mu był ten jego Wańkowicz (a konkretnie sążnista, ponadosiemsetstronicowa biografia „Życie na kraterze”), pewnie publicznie udzieliłby odpowiedzi konwencjonalnej aż do bólu (bólu istnienia ma się rozumieć – nie bólu żołądka czy tam innych wątpi, że już o bólu głowy nie wspomnimy). Doniosłość i dotkliwość bólu istnienia wymaga bowiem użycia wielkich kwantyfikatorów i wielkich identyfikatorów – takiej „potrzeby serca” na przykład, czy „zbiorowego obowiązku pamięci” (ki diabeł?), albo „ciekawości” nieokiełznanej, czy choćby zobowiązania do naprostowania legend, fałszerstw, przeinaczeń w złej wierze czynionych. Garbal zarzeka się, że nie zamierzał ani budować nowego pomnika pisarza, ani starszych konstrukcji obalać – Wańkowicz interesował go rzekomo jako egzemplum twórcy, który całe życie wywoływał skrajne emocje otoczenia – od ubóstwienia i afirmacji po delatorskie posądzenia o zdradę, niskie pobudki (czytaj: chciwość i potrzebę mamony w dużej ilości) tudzież pogardę za „talentu nieposiadanie”.
Prawda leży gdzieś pośrodku. Pośrodku czego? No właśnie – dobre pytanie. Spróbujmy wymacać, gdzie veritas rozpostarła się in situ w tym przypadku. Bo z drugiej strony dobiegający pięćdziesiątki polonista z zawodu i edytor (znaczy zapewne teoretyk edytorstwa, skądinąd dyscypliny uniwersyteckiej, obejmującej przygotowywanie i wydawanie tekstów drukiem) tudzież pisarz, posiadający już tytuł doktora nauk humanistycznych, znany z zajmowania się Witoldem Gombrowiczem i Janem Józefem Lipskim – czuje naturalną (przy jego statusie i możliwościach intelektualnych) potrzebę dalszego rozwoju kreatywnego, zwieńczonego habilitacją może lub nawet profesurą belwederską. Do tego wszakże potrzebne jest miękkie lądowanie na nowym terytorium, wybranym z jakąś obiecującą perspektywą badawczą. Ale o dziewicze terytoria badawcze, nietknięte ludzką stopą jako te wyspy bezludne – dzisiaj trudno. Pozostają rewiry z recyklingu, niegdyś stratowane, udeptane przez zastępy harcowników – dziś ugory, w zapomnieniu zarastające wybujałym rojstem. I tak Garbal zapewne trafił na Wańkowicza – zresztą od Jana Józefa blisko mu było. Ofladrowanie terenu zapewne trudności nie przysporzyło – Wańkowiczem od lat prawie nikt się na serio nie interesował, a w sensie biograficznym to już na pewno nikt. Z dwu powodów: czas minął – a gdy jeszcze trwał, żywot i twórczość mistrza Melchiora przetrawersowano w te i nazad, od lewej do prawej, od prawej do lewej – w każdym kierunku nad wyraz gruntownie. Był-ci on bowiem ważny i modny zarazem – sam zresztą umiejętnie podsycał – doświadczony reklamiarz i propagandysta – zainteresowanie sobą jako takim. Ale ważność miała swój termin ważności, a moda odparowała jeszcze szybciej. No i zrobił się, siłami Matki Natury, ugór prawdziwy. Po którym potrzebujący mógłby hasać do woli jako te dmuchawce, latawce, wiatr… – nawet nie wykupując abonamentu u starszyzny ideowej…
Wybór Wańkowicza jako tematu dobrze świadczy o instynktach Łukasza Garbala – jest bezpiecznie: spór ideowy wygasł, wszelakie kontrowersje nikogo już ani ziębią, ani grzeją, obfitość dokumentacji jeszcze nieprzemielonej przez nieubłaganą grawitację powala nawet doświadczonych reserczerów. Taaaaa, z Wańkowicza jeszcze da się coś wyzbierać (w lesie zawsze jest trochę chrustu…) – co się zresztą Garbalowi udało; kilka pomniejszych odkryć z fanfarami ogłosił był publicznie. Ale nie chcę go chwalić – to już sobie detalicznie przeczytacie, jeśli zechcecie… Bo biografia ta jest dziełem wprawdzie mało potrzebnym, ale merytorycznie nieskazitelnym, ładnie napisanym i nad wyraz słusznym – no i nie ma chyba potrzeby dodawać, że o dobre dwa pokolenia czytelnicze spóźnionym.
Pozostaje zatem tylko jedna kwestia, prywatna na poły – czemu się z lekturami wańkowiczowskimi i tamtymi klimatami tak nagle i nieodwracalnie rozstałem? Sprawa prosta – z powodu ujawnienia się różnic poglądów, niemożliwych do pogodzenia czy choćby załagodzenia. W kwestii prawdy w literaturze mianowicie. Jeśli bowiem reportaż jest literaturą (moim zdaniem jest – tylko poddaną specjalnym, ostro zaznaczonym rygorom w kwestii zgodności z rzeczywistością; rygory owe mogą niekiedy wpłynąć na definiowanie przynależności gatunkowej konkretnego tekstu…), to sprawa udziału fikcji i wyobraźni w samym literackim tworzywie nie należy już do rewiru swobodnego wyrażania woli przez autora. Udział wyobraźni w pisaniu o faktach? Jeżeli jest w ogóle do pomyślenia, to w sposób niezwykle reglamentowany i w całości transparentny (sygnalizowany przez autora). A najlepiej, najbardziej klarownie jest, gdy fakty i kreacyjna wyobraźnia nie wchodzą sobie w drogę.
Że zbyt ortodoksyjnie? No cóż, nic na to nie poradzę. Pojęcie prawdy syntetycznej, nadającej się właśnie do uprawiania literatury (osobliwie zaś zamaskowanej pod figurą reportażu), wprowadzone i kultywowane przez Wańkowicza, a niezwykle twórczo rozwinięte przez Ryszarda Kapuścińskiego między innymi, jest narzędziem wyrafinowanym i wielce owocnym. Zaś najczęściej używana technologia – kontaminacja, czyli robienie zbitek – towarzyszy ludzkiej naturze „od zawsze”. Jest bowiem tym intelektualnym wytrychem, który emocjonalnie ułatwia funkcjonowanie natury ludzkiej bardziej niż dosłowna prawdomówność. No i pięknie. Ale gdy podczas lektury mam gdzieś w tyle głowy świadomość, iż mój bohater (z którym jestem gotowy utożsamiać się na zabój), to w istocie golem, zlepiony z kawałków pięciu innych życiorysów – robi się jakoś nieswojo. Albo gdy dramatyczne zdarzenie, z który bohater tak gracko i chwacko sobie radzi, w ogóle… nie miało miejsca, albo przebiegło diametralnie inaczej… A to przecież powszechnie stosowane (i uważane za dozwolone) środki reporterskiego wyrazu – kontaminacje, przeinaczenia, konfabulacje.
Wyobraźnia – przeciwko której nic nie mam – niech się do reporterki nie miesza. Na wieki wieków i na każdym terytorium. Ale poza tym – samego Wańkowicza wciąż czytać należy. Nie za często i w rozsądnych dawkach – ale należy. Z jednego powodu – nie mamy w naszej tradycji literackiej drugiego podobnego pisarza, który byłby tak ewidentnie, nierozłącznie i genetycznie złączony z polskością jako taką – z tradycją, dorobkiem intelektualnym, z emocjami i projekcją przyszłości. Krztyny w nim nie było karmazynowego etosu awantury, warcholstwa i egoistycznego sobiepaństwa, bezkrytycznie nie popierał wszelakiej insurekcji, nie uchylał się od walki – ale jej nie gloryfikował jako środka jedynego i ostatecznego. Nie myślał wstecz – wyłącznie do przodu. Piętnował polski kundlizm i polskie chciejstwo. Drugi taki – znaczy na porównywalną skalę i podobnej jakości – jeszcze się w polskiej literaturze i publicystyce nie pojawił. Więc póki co – Wańkowicz. Z tym, że (jak powiadam już po wielekroć) umiarkowanie; quantum satis… Ale czy przy tym koniecznie Garbal? Doprawdy nie jestem pewien.
Tomasz Sas
(17 01 2026)
P.S. Robienie indeksów – mrówcza to praca i od pułapek niewolna… Sam Wańkowicz znany był ze swego przywiązania do tego „odcinka” pracy edytorskiej. I Garbal też powinien być. Lecz cóż, sporządzenie obszernego indeksu osób i tytułów publikacji powierzył on podwykonawcy – niejakiemu Jędrzejowi Szuldze. I nie sprawdził… Po zgłębieniu dzieła w rzeczy samej lubię właśnie na ów indeks zerknąć, by sobie utrwalić to i owo. No i patrzę, a tu na stronie 829 nazwisko Stomma Ludwik z odniesieniem, że na stronie 604 będzie coś więcej. Ale jako żywo, świeżo po lekturze nie przypominam sobie, żeby pan Ludwik (skądinąd mój ulubiony historyk, publicysta i felietonista, niestety nieżyjący już od lat paru) w ogóle w tym dziele wystąpił. Ale po to właśnie są indeksy – żeby sprawdzać. Więc sprawdzam, co w istocie zadaniem łatwym nie jest, bowiem buch waży około kilograma i wszelkie nim pospieszne manipulacje wyrywają z „łożysk” nadgarstki tudzież inne części ciała. Ale mam: we fragmencie listu Zofii Wańkowiczowej do Marii Lechnickiej z 15 lutego 1963 roku, cytowanym przez Garbala, wśród spisu uczestników jednego z obiadów, obok p. Bocheńskiego, prof. Stefana Kieniewicza i Pawła Jasienicy, stoi jak byk – p. Stomma…
Byłżeby to ów pomieniony Ludwiczek? Teoretycznie możliwe – ale tylko bardzo teoretycznie. Bo miał wtedy niespełna trzynaście lat… Był wprawdzie pacholęciem rezolutnym, rozgarniętym i dobrze poinformowanym, ale jakoś trudno mi go sobie wyobrazić jako pełnoprawnego uczestnika obiadowego palaweru w mieszkaniu przy Puławskiej. Zakładam zatem, że chodziło o jego ojca – Stanisława Stommę (1908 – 2005) z Szacunów koło Kiejdan, prawdziwego litewskiego „żubra” kresowego – prawnika, polityka i publicystę, związanego z kościołem katolickim, posła na Sejm PRL (od 1957 roku) pięciu bodajże kadencji, przewodniczącego koła poselskiego Znak. To jego obecność przy stole u Wańkowiczów wydawałaby się naturalna i całkiem na miejscu. Miał ci-on wprawdzie Ludwik na drugie, ale wydaje się, że to nie usprawiedliwia niedoróbki. Tak więc panie doktorze Garbal – nawet wypróbowanym współpracownikom dowieriaj, no prowieriaj… TS.

Brak komentarzy