Antonio Scurati 
M. Czas przeznaczenia
Przełożyła Alina Pawłowska-Zampino
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2025
Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5
Śródziemnomorski kolaps dyktatora
Z tomu na tom moje mniemanie (od początku skądinąd wysokie) o Scuratim i jego dziele rośnie nieustannie. A „Czas przeznaczenia” już zamienił je w podziw. Oczywiście – wbrew rozpowszechnianym przez autora i jego wydawców (w różnych językach) nie jest to powieść; przymiotem powieści jest bowiem fikcja (wedle klasycznej definicji Goncourtów: ouvrage d’imagination en prose). A tu mamy do czynienia z rzeczywistością udokumentowaną, ze zdarzeniami, które zaistniały naprawdę i mają swoje miejsce w dziejach, z ludźmi autentycznie istniejącymi w swoim czasie, ludźmi, po których zostały niepodważalne ślady materialne. I to, co o nich napisał Scurati, to nie jest pełnoobjawowa fikcja literacka – jeno sama prawda dowiedziona – no, okazjonalnie tylko wspierana fikcyjnymi „dostawkami”, czyli odtworzonymi (tak jak mogłyby brzmieć, ale tego akurat na pewno nie wiadomo) dialogami między „osobami dramatu”, czy zapisanymi refleksjami, myślami bądź sentencjami (o których oczywiście nie wiemy, jak de facto były zwerbalizowane, a nawet czy w ogóle zostały sformułowane przez kogokolwiek; natomiast autor tak tylko je wstawiał w tekst dla jasności przekazu bądź samej urody wywodu).
Toteż pomieszczone na okładce słowo „powieść” pozwalam sobie zignorować – zapewne wbrew intencji samego autora – ale za to gwoli prawdy, czyli sądu zgodnego z rzeczywistością. Mniemanej „powieściowości” ksiąg Scuratiego miałaby podobno bronić forma literacka – wykwintna i jakoby specjalnie stosowana do wyższych celów artystycznych. To już nie tylko nadużycie, ale po prostu tzw. gównoprawda – czyli fałsz, tyle że zastosowany w celu „ubogacenia” przekazu. W ogóle sam pomysł, że słówko „powieść” użyte w nagłówku albo na frontyspisie mogłoby uszlachetnić i podrasować sam tekst, podnosząc jego rangę – to głupota i fanfaronada. Powieścią jest to, co jest powieścią w istocie, a nie to, co samo się tak nazwie. Chyba że autor prosi o taryfę ulgową, co dokumentowi, reportażowi, relacji nie przystawałoby. Ale dajmy spokój Scuratiemu – niech jego ego dopieszczonym będzie na sposób, jaki autora łechce najmocniej…
Czwarty tom pięcioksięgu o Mussolinim – „Czas przeznaczenia” – sprawozdaje ostatnie trzy lata wielkiego (samo się za takie uważało; ale nawet przyjaciele tak go nie określali) faszystowskiego królestwa Włochów w Śródziemnomorzu i okolicach, czyli czas mniej więcej od 28 czerwca 1940 roku do 25 lipca 1943 roku. 28 czerwca wczesnym wieczorem niejaki Italo Balbo – zawzięty faszysta (kwadrumwir z epoki Marszu na Rzym, jeden z kilku zaledwie najbliższych towarzyszy Mussoliniego, z którym był po imieniu), pilot i marszałek Aeronautica Militare (w latach 30. dowodził pierwszym grupowym przelotem przez Atlantyk), głównodowodzący na wojennym teatrze północnoafrykańskim, osobiście zasiadł za sterami trójsilnikowego bombowca Savoia-Marchetti S79 na lotnisku w Dernie (libijski półwysep Cyrenajka), by z lotu ptaka ocenić szkody wyrządzone przez angielski nalot na twierdzę Tobruk. Gdy savoia dotarła do gigantycznej chmury dymu z pożarów po bombardowaniu lotniska, pilot – miast zawrócić i odlecieć na pełnej mocy silników, czego wymagały regulaminy bezpieczeństwa – wszedł prosto nad centrum akcji, między gęsty dym. Wtedy włoskie baterie przeciwlotnicze i artyleria kilku okrętów floty otworzyły ogień, choć sylwetki samolotu nie rozpoznano – strzelali „na słuch”. Savoia marszałka Balbo kilkakrotnie celnie trafiona runęła na ziemię i spłonęła z całą załogą. Od tego dnia wszystko niemal we włoskiej armii szło źle lub bardzo źle…
Nie żebym wierzył w jakieś fatalistyczne zbiegi okoliczności czy klątwę losu, ale śmierć Balba naprawdę rozpoczęła serię koszmarnych wpadek i klęsk – nie tylko włoskiej armii en masse, ale nadto zapoczątkowała kompletny upadek całej wojskowej doktryny Włoch, bankructwo fundamentalnych założeń polityki Mussoliniego oraz – co gorsza – trwałą destabilizację faszystowskiej ideologii tudzież organizacji państwa. „Czarne koszule” na wszystkich szczeblach władzy mogły powątpiewać (i wielu tak myślało…), czy faszystowskie kierownictwo prowadzi naród i kraj w dobrym kierunku. Ale zaczęło się psuć delikatnie; po buńczucznym przystąpieniu Włoch do europejskiej wojny Hitlera 10 czerwca 1940 roku, gdy los Francji wydawał się definitywnie przesądzony (a Anglii – wysoce niepewny), Mussolini postanowił współuczestniczyć w wojnie, bo w przeciwnym wypadku, nie miałby realnego tytułu do zasiadania przy stole rokowań podczas zakończenia działań. I rzeczywiście: polecił zaatakować Francję na łuku Alp – z zamiarem zdobycia Nicei, Marsylii i całej Prowansji oraz departamentów górskich – a jak się zdąży, to może nawet Tulonu. Inwazja na Francję rzeczywiście nastąpiła, ale ta pierwsza włoska bitwa w II wojnie światowej, na europejskim teatrum, zakończyła się blamażem: bataliony alpejskich strzelców zaliczyły ledwie po kilkaset metrów „zdobyczy terenowych”, nim definitywnie utknęły na zboczach Alp. Wyszło na jaw (po euforii sukcesów afrykańskich), że realna wartość bojowa armii, jej ludzi i sprzętu, w starciu z przeciwnikiem mniej więcej równorzędnym oscyluje blisko… zera.
Włoska generalicja (poza nielicznymi wyjątkami – ale to byli entuzjastyczni idioci…) wpadła w stan wojennego stuporu, zwątpienia i strachu. A Duce? Duce nie, bo się po prostu na tym nie znał. Całe dotychczasowe życie był propagandystą, politykiem, trybunem, intrygantem i kombinatorem – z tego żołnierzem najmniej, a już takim, który rozumiałby się na wojennym rzemiośle – wcale. On uważał, że parutonowe tankietki, wolne jak kondukt w deszczu pod wiatr i opancerzone blachą zdatną na puszki sardynek, że karabiny piechoty, wprowadzone na uzbrojenie w… 1891 roku – to wystarczający ekwiwalent dla stenów, brenów i szybkich, wytrzymałych czołgów Mathilde. Duce w całej swej militarnej niekompetencji był pewien, że decydującym czynnikiem będzie i tak legendarna waleczność, dzielność i faszystowska duma włoskich żołnierzy. Dlatego latem 1940 roku postanowił zaatakować Anglię w Północnej Afryce, dojść do Aleksandrii, przekroczyć Kanał Sueski i wyjść na przedpola starożytnej Mezopotamii…
No cóż, powiedzieć, że się przeliczył, to nic nie powiedzieć. Il professore Scurati robi wiele, by ostre rysy fatalnego portretu włoskiej siły militarnej nieco złagodzić i wprowadza do narracji prawdziwie bohaterskich, profesjonalnych i kompetentnych włoskich wojaków – jak arcydzielny sierżant Mario Rigoni z korpusu alpejczyków, weteran kampanii francuskiej, greckiej i wojny z sowiecką Rosją, jak Paolo Caccia Dominioni hrabia Sillavengo, wybitny pułkownik saperów w wojnie libijsko-egipskiej, jak generał Mario Roatta, doskonały, świetnie wykształcony dowódca i sztabowiec… To fakt – nie wszyscy Włosi w armii byli leniwymi durniami, nieskorymi do walki, źle wyszkolonymi ofermami. Włoska armia była taka sama, jak wiele innych narodowych formacji owego czasu. Tyle że źle dowodzona, kiepsko uzbrojona, a polityczno-strategiczne koncepcje jej wykorzystania były woluntarystyczne, zgoła fantasmagoryjne i tromtadrackie. Co tu ukrywać: wojna, prowadzona z takimi siłami zbrojnymi (nawet ograniczona i nieśmiała) byłaby w każdych warunkach przedsięwzięciem ryzykownym, wysoce niepewnym co do zakładanego końcowego rezultatu. A właściwie pewnym: każda wojna byłaby klęską.
Do świadomości Mussoliniego ta wiedza nigdy nie dotarła. Zaś ludzie, którzy potrafiliby mu to powiedzieć (niektórzy nawet próbowali – jak wspomniany generał Roatta), byli zbyt słabi, by wywrzeć odpowiedni i skuteczny wpływ na tok myślenia dyktatora. Zaś ów tok myślenia w miarę upływu lat się wzmagał, tyle że jednokierunkowo – stawał się nieznośnie, wręcz błazeńsko imperialny, godnościowy, a w swej megalomanii zgoła infantylny… Tak, wielką Italią od lat rządził wielki bęcwał – ale nie wszyscy jeszcze w tym smutnym w gruncie rzeczy stanie się zorientowali. Zanim się przekonali, jak jest naprawdę – włoskie państwo i jego obywateli czekał szereg spektakularnych, bolesnych klęsk i rujnujących propagandowe miraże wojennych epizodów z armią w roli głównej.
Chociaż i marynarka wojenna miała swoje pięć minut w tym feralnym roku 1940. Włoska flota była wówczas stosunkowo nowoczesna, duża, solidnie uzbrojona i wyszkolona – miała tylko jeden problem: nie mogła pływać. Z powodu braku paliwa. Wielkie okręty stały w bazach na kotwicach, choć bez problemu mogłyby wyeliminować z wojny Maltę – brytyjski niezatapialny lotniskowiec na środku tras zaopatrzeniowych przez Śródziemne Morze. Ale, jako się rzekło, zbiorniki były suche… Czego brytyjska Admiralicja nie omieszkała wykorzystać. W nocy z 11 na 12 listopada 1940 roku z lotniskowca HMS „Illustrious” 20 samolotów torpedowo-bombowych zaatakowało port w Tarencie (obcas „włoskiego buta” – gdyby ktoś nie pamiętał z geografii), gdzie Regia Marina trzymała aż sześć pancerników. Samoloty brytyjskie to były dość wolne, trochę już przestarzałe dwupłatowce – drut, trochę blachy i płótno – Fairey Swordfish. Przenosiły albo jedną torpedę 533 mm o wadze 680 kg, albo tyleż samo (co do ciężaru) bomb, min morskich lub rakiet. W Tarencie swordfishe uszkodziły trzy pancerniki (w tym jeden – „Conte di Cavour” – bezpowrotnie) i kilka mniejszych okrętów (za cenę utraty tylko dwóch samolotów), a Regia Marina wycofała się z wysuniętych pozycji i w zasadzie do końca wojny nie odegrała żadnej roli – choć próby udziału w walce podejmowała. Za to z doświadczeń Anglików, ale na o wiele większą skalę, skorzystali… Japończycy, rok później (w podobnych warunkach) rozwalając torpedami i bombami flotę amerykańską w Pearl Harbor.
Lista włoskich klęsk i upokorzeń jest dużo dłuższa i bardziej tragiczna. Najpierw, po nieudolnych próbach marszałka Grazianiego w Libii i Egipcie, swego drogiego druha Benita musiał wesprzeć Hitler, desygnując do walk na pustyni generała Erwina Rommla i czołgi jego Afrikakorps. Potem znów Hitler dosłownie w ostatniej chwili uratował armię Mussoliniego od klęski w wywołanej przez Duce samodzielnie i samowolnie wojnie z Grecją. Ciąg dalszy był równie dramatyczny; gdziekolwiek włoskie wojska pojawiały się w walce, ponosiły klęski o rozmiarach iście apokaliptycznych (oddano Libię, upadła Abisynia) – aż do kulminacji na froncie wschodnim, gdzie Sowieci w toku operacji stalingradzkiej praktycznie (i fizycznie) wyeliminowali włoską piechotę nad Donem – co najmniej trzy dywizje ze składu 8. Armii poszły w rozsypkę. Ale nie to było najgorsze… Najgorsze przyszło w nocy z 9 na 10 lipca 1943 roku, gdy na Sycylii wylądowały armie aliantów, a kilka dni później – 19 lipca dokładnie – amerykańskie lotnictwo zbombardowało Rzym. To przelało czarę goryczy. Włosi, w tym członkowie najwyższych władz, poczuli, że mają jeszcze resztki instynktu samozachowawczego i muszą sami coś z tym wszystkim zrobić, bo nic nie wskazuje na to, że zrobi to za nich ktoś inny – a przy tym po ich myśli.
Scurati opisuje końcówkę faszystowskiego imperium szczegółowo i pieczołowicie, z troską o rozmaite imponderabilia. Bo dla Włochów to sprawa ważna – co kto powiedział, jak się zachował, co manifestował, jak głosował. Właśnie: głosował… 24 lipca 1943 roku wieczorem w rzymskim Palazzo Venezia zebrała się Wielka Rada Faszystowska (od czterech lat nie zwoływano tego najwyższego organu władzy państwowej, będącego zarazem najwyższą instancją partii faszystowskiej). Po wielogodzinnej dyskusji, będącej raczej kakofonią wzajemnych oskarżeń, o godzinie drugiej trzydzieści (czyli już 25 lipca) przegłosowano wniosek złożony przez Dino Grandiego – o odwołanie Benita Mussoliniego ze stanowiska premiera. W posiedzeniu uczestniczyło 28 członków rady. Za wnioskiem było dziewiętnastu, przeciw – siedmiu, jeden się wstrzymał, a jeden zgłosił zdanie odrębne, kwestionujące prawomocność samego wniosku o odwołanie. Wczesnym wieczorem tego samego dnia Mussoliniego przyjął król Wiktor Emanuel III, informując, że na jego miejsce powoła marszałka Pietra Badoglia; a zarazem oznajmił, że pozostał jedynym przyjacielem Mussoliniego, i dlatego kazał go… aresztować. Co się działo dalej? Wiem, ale nie powiem – teraz już musimy poczekać na piąty tom arcydzieła Scuratiego.
Ale zanim ta edycja nastąpi, zwracam uwagę na osiągnięcie w „Czasie przeznaczenia” szczytu możliwości technicznych, intelektualnych i redakcyjnych zastosowanej przez Scuratiego oryginalnej formuły narracji. Czyli łańcuszka krótkich rozdzialików, zachowujących pewną taką odrębność merytoryczną – poprzeplatanych wiernymi cytatami z dokumentów i innych archiwaliów potwierdzających prawdziwość treści każdego z tych kawałków głównego tekstu. Formuła „tekst fabularny – replika dokumentalna” doszła do szczytu swych możliwości i wyczerpała się chyba. Przeto dostaniemy: albo powtórkę, albo coś nowego na koniec. Czekam niecierpliwie nie tyle na koniec tej historii, co na odkrycie – co też jeszcze mógł wykoncypować Scurati w kwestii osobliwej formy swego dzieła…
Tomasz Sas
(5 01 2026)

Brak komentarzy