Pokój czy wojna?

24 stycznia 2024

Michaił Szyszkin 


Pokój czy wojna?
Przełożyła (z niemieckiego)
Magdalena Jatowska
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2023

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 3/5

Moskwa zdemaskowana,
czyli rosyjska dusza pędzi na golasa…

Nie ujezżaj, ty moj gołubczik,
Pieczalno żyt’ mi biez tiebia.
Daj na proszczanije obieszczanije,
Czto nie zabudiesz ty mienia!

Pierwsza zwrotka starego rosyjskiego romansu
na gitarę i głos solo: męski (bas ew. baryton) lub żeński
(koniecznie alt) – zależnie od fantazji wokalnej
i pobranych do organizmu środków dopingujących…

Bezsprzecznie – mamy do czynienia z fenomenem. W sensie, że nie ma na całym świecie niczego podobnego (nie licząc kilku „obiektów” jeszcze gorszych, ale o dużo mniejszych rozmiarach i też zdecydowanie mniejszym znaczeniu). Mam tu na myśli Rosję – ze wszystkim co jej, czyli ze wszystkim co rosyjskie: terytorium, narodem, władzą, językiem, kulturą, historią, zasobami i paroma imponderabiliami, które (aczkolwiek prawie niewidoczne, trudne do zidentyfikowania i zdefiniowania) razem ze wszystkim tym wymienionym są „statutowymi” komponentami „rosyjskości”. Z powodu tego niepodobieństwa do czegokolwiek innego opisywanie Rosji i rosyjskości (zwanej poufale, ale z pewną taką trwogą, russkim mirem…) jest wyzwaniem ambitnym. Sam nie wiem, skąd się to niepodobieństwo bierze i na czym dokładnie polega – ale ono jest i nie podlega dyskusji. Jest bowiem założeniem pierwotnym i arbitralnym. Od pokoleń funkcjonującym wśród badaczy fenomenu rosyjskiego – i nie tylko; rozszerzyło się ono bowiem na „zwykłą” publiczność, przyjmującą na wiarę opinię o odmienności. Rosja jest i n n a – i już. Ale dlaczego?

Jednolitej oraz możliwej do powszechnego zaakceptowania odpowiedzi na tak postawione pytanie ciągle nie ma, chociaż badania trwają od dobrych dwustu, a może nawet trzystu lat. A przynajmniej od 1839 roku, gdy markiz (z pierwotnego, szlachetnego rozdania, nie żaden uzurpator napoleoński czy „restauracyjny”) Astolphe de Custine napisał i wydał „Listy z Rosji” – przenikliwą, mądrą i ważną (w sensie prawdziwą) do dziś analizę rosyjskiego despotyzmu oraz reguł organizacyjnych monarchii biurokratycznej. Od czasów de Custine’a wszystko jest jakby jasne – ale dlaczego, dlaczego? No, tego do końca markiz nie objaśnił. Podobnie jak jego następcy. Zawsze mnie to dziwiło – zwłaszcza gdy się zważy, iż tylko w epoce istnienia Związku Radzieckiego (a to przecież, doliczywszy lata rewolucji i postrewolucyjnej smuty, dobre siedem dekad z okładem) na tak zwanym Zachodzie powołano dziesiątki, jeśli nie setki akademickich (i nie-akademickich) katedr, instytutów i innych placówek badawczo-śledczych, obsługiwanych przez tysiące profesorów, doktorów i pomniejszych speców-stypendystów – całej rozrośniętej gałęzi nauki zwanej sowietologią. Obficie uposażonej, hołubionej i wspomaganej. Ba, opisywacze dziejów tej nauki dziś z dumą oznajmiają, że co setny funkcjonariusz sowietologii… znał rosyjski! Najczęściej dzięki pochodzeniu z kręgów białogwardyjskiej emigracji. A co dziesiąty… był w ZSRR – na ogół na dwutygodniowej wycieczce z Inturistem.

I co z tego? Mało jest w dziejach naszej cywilizacji równie spektakularnych przykładów bezowocności intelektualnego trudu, jak przykład, którego nam dostarczają dzieje i owoce sowietologii światowej. Nauka ta nie potrafiła przewidzieć dziejów swego przedmiotu badań, zaś w szczególności jego upadku. Dokonali tego tylko jacyś outsiderzy-amatorzy, do tego raczej intuicyjnie, dzięki „chceniu przez myślenie”. A na domiar złego nikt im nie uwierzył. Cała para zgromadzona i wyprodukowana prze sowietologię poszła w gwizdek; by nie użyć bardziej dosadnych sformułowań! Cała ta nauka, jej autorytety, piśmiennictwo, rytuały tudzież dorobek intelektualny w postaci unoszącej się w przestrzeni mądrości – psu na budę się zdały. A może i nie zdały… Dokonywana przez uczciwych pogrobowców analiza osiągnięć sowietologii (acz nie tylko: całej dotychczasowej „rosyjskologii” takoż) prowadzi do zdekonspirowania pewnej tajemniczej (a może i wstydliwej) machinacji epistemologiczno-metodologicznej. Otóż badacze Rosji i rosyjskości, nie mogąc poradzić sobie z odpowiedzią na to podstawowe poniekąd pytanie – dlaczego Rosja jest inna – dokonali zabiegu manipulacji w obrębie paradygmatu swej nauki. Dokładnie takiego samego samego, jakiego dopuścił się… Albert Einstein, zapisując swe wiekopomne równanie E = mc². Aby wszystko się mniej więcej zgadzało po obu stronach równania, genialny fizyk wprowadził do rachunku tzw. stałą kosmologiczną, co potem sam uznał za błąd, aczkolwiek ostatnio mechanika kwantowa nieco rehabilituje zabieg Einsteina. Ale ten fascynujący dylemat to temat na osobne opowiadanie…

W rosjologii rolę stałej kosmologicznej objęła – i to już bardzo dawno – hipoteza (przekształcająca się z czasem w pewnik) r o s y j s k i e j d u s z y. Czyli w gruncie rzeczy aksjomatu, przy udziale którego dało się objaśnić wszelkie zawiłości i zagadki. Bo to rosyjska dusza odpowiada za wszystkie osobliwości procesu historycznego, za funkcjonowanie narodu i państwa, za kulturę i sztukę, za wiarę prawosławną, za komunizm i inne eksperymenty zbrodnicze, za złodziejstwo, chamstwo, kurewstwo, korupcję oraz obraz raba i samodzierżcy w jednym, w każdym… Rosyjska dusza czyli konglomerat emocji, kłamstw, cierpienia podniesionego do rangi niemal religijnej, fałszywych wyobrażeń, estetycznych nieporozumień, wódy tudzież metafizyki. Miks Dostojewskiego, Puszkina, Błoka, Wysockiego – wespół z błatnym GUŁagiem, urządzaniem się pod jakąś kryszą i strzelaniem w Buczy. Rosyjska dusza – czyli alibi dla zbrodni, dla mentalności zeka, dla nacjonalizmu, imperializmu, niesprowokowanego okrucieństwa.

A teraz uwaga, proszę państwa, uwaga! Opiewana przez poetów i prozaików, pięknoduchów i pożytecznych idiotów rosyjska dusza – nie istnieje! Więcej: nigdy nie istniała. To tylko użyteczna wymówka dla wszystkich, którym się nie chciało (albo rozumu im zabrakło) zgłębić „odmienności” Rosji, innymi słowy: odpowiedzieć na pytanie, czemu jest właśnie inna? Pozostając w nieopisanym, wyobrażonym tylko, metafizycznym nurcie myślenia, odpowiedzi nigdy nie znajdziemy – spiritus wszak nie bez przyczyny flat, ubi vult. Duszy rosyjskiej przeto nie uchwycisz, nie zmierzysz. Zresztą nie ma takiej potrzeby. Świat jest do bólu racjonalny i tylko takich objaśnień oczekuje.

Michaił Szyszkin jest pisarzem w słusznym już wieku (rocznik 1961), z odpowiednim do tego wieku dorobkiem, bagażem doświadczeń i traum. Trzeba jednak zauważyć, że w porównaniu do „średniej krajowej” dorobku i bagażu ruskiego prozaika, los Szyszkina nie odbiegał od normy. Podziwiany, drukowany, nagradzany, „nominowany” do rangi wybitnego, czas jakiś balansował na granicy przyzwoitości (ale nigdy jej nie naruszył…), aż w 1995 roku wyprowadził się do Szwajcarii. Związków z ojczyzną ostentacyjnie od razu nie zerwał – ot, jeszcze jeden emigrant w poszukiwaniu wolności, intelektualnej niezależności i chleba. Gdy jednak już umościł się w nowym otoczeniu jako pieriesieleniec, władający skądinąd perfekcyjnie w mowie i piśmie językiem niemieckim, począł zdumiewać się, do jakiego stopnia jego nowi sąsiedzi nie rozumieją Rosji, nie znają tajemnic jej dziejów, nie potrafią odczytać oczywistych sygnałów (z literatury i publicystyki), w jakim kierunku te dzieje się potoczą. Jak cieniutką warstewkę pozłotka, czyli wielką rosyjską kulturę, utożsamiają z Rosją całą. Jak kilkuletni epizod „demokratycznego” na pozór okna (i tak zresztą brudnego!) jelcynowskiej smuty ekstrapolują sobie bezzasadnie i beztrosko na całą przyszłość russkiego miru, jak robią z Rosją interesy i piorą im pieniądze, jak rozpuszczają do domów kolejne dywizje swych armii i obniżają procent PKB na obronność. I wreszcie – jak kiwają z aprobatą mądrymi głowami, gdy dworskie kamaryle córeczek Jelcyna rozstrzygają casting na następcę zapijaczonego tatusia i wybierają cichą myszkę z Petersburga. Aprobata ta nie gaśnie, gdy myszka-bladź z KGB ukrytą zręcznie w dłoni kieszonkowca albo pod językiem mojką przecina sterujące marionetką niteczki, ani potem, gdy myszka rośnie i okazuje się wrednym szczurzym pomiotem…

Wkurzony Szyszkin, gdy Rosjanie zaczęli na serio strzelać (i w Gruzji, i w irredentystycznych „republikach” Donbasu, i na Krymie), zaczął pisać esej „Pokój czy wojna?” Macie go przed sobą. Najważniejszą zaletą tego tekstu jest autorska próba odpowiedzi na przywołane już tu kilkakroć pytanie – dlaczego Rosja jest inna? Dylemat okazał się prosty – użyto niewłaściwych narzędzi, narzędzi z zasobów myśli demokratycznej, pojęć ideowych, ustrojowych tudzież intelektualnych stosownych dla rozumienia cywilizowanego świata tzw. Zachodu. Tymczasem Rosja współczesna wymaga innego kompletu aparatury pojęciowej. Nie ma bowiem nic wspólnego z resztą świata. Jest żywą skamieliną z innej epoki, przeto i narzędzia dla jej pojęcia winny być raczej z arsenału archeo niż neo i techno…

Moskwa i jej władztwo żywą skamieliną? No tak… Szyszkin nie pozostawia wątpliwości. To w prostej linii dziedzictwo wielkiego Temudżyna, czyli genialnego wodza Mongołów Czyngis-chana i jego wnuka Batu. Onże Batu-chan, rozpuściwszy zagony i watahy swej niezwyciężonej jazdy ku Zachodowi (tak, tak – to on przetrzepał dupę księciu z naszych Piastów – niejakiemu Henrykowi Pobożnemu i jego rycerstwu pod Legnicą – w roku 1241), ostatecznie zajął dorzecza Dniestru, Dźwiny i Wołgi (czyli terytoria tzw. Rusi) ustanawiając imperium, czyli tzw. ułus (w sensie prowincję) Złotej Ordy, ze stolicą w Saraju, miasteczku namiotowym w stepie nadwołżańskim nieopodal dzisiejszego Astrachania. Paśli tam swoje stada, popijali kumys, rozmnażali się na potęgę, od czasu do czasu siodłali konie i pędzili tu lub ówdzie – coś dyscyplinarnie spalić, zrabować, zgwałcić… Macie pojęcie, ile Temudżynowych genów rozproszonych jest w europejskich populacjach? Ale przede wszystkim Batu i jego następcy przyjmowali hołdy czołobitne od swych „reprezentantów w terenie”. Ułus Złotej Ordy nie musiał utrzymywać wojsk okupacyjnych – wszystko załatwiali, a przede wszystkim pilnowali porządku lokalni kniaziowie ruscy. Notabene jacy oni tam byli ruscy – dwieście lat przedtem gnuśne plemiona słowiańskie importowały sobie elitę rządzącą z krain Wikingów, prawdziwych zawodowców w dziedzinie prowadzenia wojen i administrowania ogniem i mieczem. Opowiedziana na nowo przez Szyszkina „hagiografia” kniazia Aleksandra Newskiego z dynastii Rurykowiczów, świętego Cerkwi prawosławnej, nerwowy wzbudza śmiech…

Szyszkin twierdzi, że od czasów Ordy i jarłyków (przywilejów grabienia i mordowania swoich poddanych) nadawanych przez jej chanów książętom ruskim, w systemie sprawowania władzy na Rusi nie zmieniło się nic. Orda zniknęła w pomroce dziejów, nikt już (w sensie ścisłym i realnym) nie całuje chana w stopę, modyfikacji (nieznacznej…) ulegają tylko ideologiczne zaklęcia, wpisywane do współczesnych jarłyków. Ale co do istoty sprawy – wszystko po staremu. Widząc takie obroty trybów ruskiego władztwa, zachodni badacze musieli sami dla siebie wprowadzić czynnik pomocniczy, objaśniający niepojęte, czyli rzeczoną duszę rosyjską mianowicie. Tajemnicza, cierpiętnicza, okrutna i stale pijana, niewolnicza i zarazem zdolna do najwyższych uniesień tudzież ofiar rosyjska dusza idealnie (i przesądzająco) tłumaczyła wszystkie zaobserwowane tamże aberracje. Sami Rosjanie z sukcesem zaadoptowali ideę RD (rosyjskiej znaczy duszy) na swój użytek. I tak się usprawiedliwiali. Szyszkin rozebrał duszę rosyjską z jej kostiumu – zabrał niedźwiedzią szubę, zerwał gronostajową czapę, zzuł juchtowe buciory, wyrzucił śmierdzące onuce. Zostawił na chłodzie w oczeretach gołego, nawalonego pokurcza, poszukującego opieki wśród możnych swojego świata.

Esej Szyszkina nie daje zadowalającej odpowiedzi na pytanie – czym jest Moskwa. Ale przybliża i trochę objaśnia. Wszelako niemałym trzeba być optymistą, by z przesłania eseisty wnioskować, iż sprawy idą ku dobremu. Ta skamielina bowiem wciąż oddycha – a obturacja jej nie grozi… Mimo to zbrójmy się w cierpliwość – nie tylko w abramsy, patrioty i trzydzieste piąte efy…

Tomasz Sas
(24 01 2024)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *