Zderzacz

30 kwietnia 2022

Joanna Łopusińska 


Zderzacz
Grupa Wydawnicza Foksal – wydawnictwo wab, Warszawa 2022

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 3/5

Nie ma przypadków, czyli Fibonacci kontra Higgs

Ktoś znajomy prosił, bym rzucił okiem na „Zderzacza” – jakoby nowa miała być to jakość w gatunku literatury sensacyjnej. Fabuła w istocie rzeczy kryminalna typowo: podejrzenie zbrodni jest, a w ślad za nim profesjonalne i wartkie policyjne śledztwo. Ale ta scenografia, didaskalia, materia intelektualna intrygi, obsada personalna (dyplom MIT lub doktorat z fizyki to minimum…) oraz inne konstytutywne imponderabilia całej tej historii nakazują skłonić się gatunkowemu zaliczeniu jej w poczet intensywnie rozrastającej się rodziny thrillerów naukowych – i to bynajmniej nie tzw. science fiction. Główny bohater tego dreszczowca – niewątpliwie twór Matki Natury, aczkolwiek podobno niewidzialny, prawie niepoliczalny i niemal doskonale efemeryczny – ma na imię Bozon (jak klown Bozo…) i nosi (w celu rozpoznania i odróżnienia) nazwisko swego „ojca teoretycznego” (który tylko przewidział możliwość jego istnienia, co jeszcze wypadałoby potwierdzić eksperymentalnie) – noblisty Petera Higgsa. Innymi słowy: panie i panowie – oto bozon Higgsa. Żyje tak krótko (dla zainteresowanych śledczych: 1,6 razy dziesięć do minus dwudziestej drugiej potęgi sekund…), że nikt nie zdążył go zobaczyć; pomierzono tylko jego ślady, które zostawił w jedynym miejscu na świecie, gdzie był łaskaw się ujawnić – w instalacji obserwacji i pomiarów cząstek oraz innych zjawisk fizycznych LHC w Genewie.

Właścicielem aparatury LHC jest CERN – Europejska Organizacja Badań Jądrowych. A LHC to skrót (w języku angielskim) nazwy wspomnianej aparatury – Large Hadron Collider, czyli Wielki Zderzacz Hadronów. Czyli wykuty w skale tunel-akcelerator – przyspieszacz (a właściwie rozpędzacz) cząstek elementarnych – o przekroju kołowym i na planie koła. Czyli taka rura, zwinięta w pierścień bez początku i końca – nazywa się torus i ma podobno jakieś osobliwe właściwości fizyczno-geometryczne, idealnie dopasowane do potrzeb rozpędzania cząstek przy pomocy systemu ułożonych wokół rury magnesów. Bozon pojawia się w tym procesie rozpędzania i zderzania tu i ówdzie, ale – jako się już rzekło – trwa zbyt krótko, by go „złapać” i zmierzyć. Można tylko obserwować ślady, które zostawia w polu teoretycznie przewidzianym, wyznaczonym dla siebie.

I tu się pojawia szczelina intelektualna, wprowadzona przez autorkę i jej konsultantów – czyli coś w rodzaju zawiązania intrygi kryminalno-sensacyjnej. Jeśli zatem badamy tylko ślady domniemanego bozonu, to stwierdzenie jego „istnienia” jest wyłącznie kwestią interpretacji. Zakładamy bowiem, że z teoretycznych obliczeń wynika, iż tylko na tym konkretnie zdefiniowanym (energetycznie) polu może się pojawić ślad „pacnięcia” bozonu (też dokładnie „przewidzianego”) w przygotowaną pułapkę. Zarejestrowany „ślad” intuicyjnie interpretujemy: tak, to był nasz oczekiwany i poszukiwany bozon. Tylko tyle i aż tyle. Równie dobrze możemy zakwestionować procedurę, podważając wiarygodność interpretacji zdarzenia/zderzenia – może to tylko „naciąganie” na użytek fundatorów budżetu? O tyle usprawiedliwione, że probabilistycznie może być prawdziwe. Albo nie…

No i to jest dobry początek intrygi. Pewnej bowiem zimowej nocy (na kilka dni przed Bożym Narodzeniem) na genewski ośrodek badawczy CERN spada klątwa blackoutu – wysiada zasilanie w energię elektryczną, a jakoby niezawodne zabezpieczenia kaskadowo padają. Instalacje spowijają ciemność, cisza i mróz. Na domiar złego pewien inżynier, zajmujący się zderzaczem, na dnie komory aparaturowej, trzydzieści pięter pod ziemią, odkrywa zwłoki pewnego fizyka-teoretyka. Wiele wskazuje na to, że spadł z wysokości i rozbił się na betonowej podłodze… Warto w tym miejscu dodać, że obaj panowie (Alex i Noah) się znali od dawna, od… szkoły podstawowej na warszawskim Mokotowie. Tylko mocno się ostatnimi laty potarmosili; w zaufaniu wspomnę, że poszło o kobietę. Policyjne dochodzenie ruszyło pełną parą natychmiast, jeszcze w nocy. W końcu to uporządkowana do bólu Szwajcaria, gdzie wszystkie pojawiające się zakłócenia i nieregularności (a możliwa zbrodnia w Zderzaczu jest nią niewątpliwie) muszą być natychmiast rozpoznane oraz zlikwidowane, ku większej chwale porządnego i praworządnego narodu Helwetów…

Tu w zasadzie opowiadanie intrygi winienem przerwać – zgodnie z naszą wieczystą umową o niespojlerowaniu akcji. I tak zrobię – ale zanim zrobię, kilka niezbędnych dla rozszyfrowania akcji uwag. Otóż młody fizyk Noah w trakcie swej pracy w CERN zdążył… zakwestionować całą współczesną fizykę (a osobliwie mechanikę kwantową). Ba – zakwestionował intelektualne podstawy całej współcześnie uprawianej przez gatunek ludzki nauki. Zarzucił uczonym, że odstawili logikę na boczny tor, gdy zorientowali się, że przy udziale zasad logicznych w trybach ich rozumowania nigdy swych hipotez nie udowodnią. Precz zatem z logiką, niech żyje (i ma się dobrze) „kombinatoryka” i probabilistyka! A przede wszystkim młody fizyk pracował nad tajemniczą Regułą Przypadku (coś w rodzaju ogólnej teorii wszystkiego; tak jakby szukał świętego Graala wszechnauki…). Najlepszym z zastosowań tej reguły, gdyby pozostała w jednych rękach, a dla innych była nadal tajemnicą, byłoby praktyczne użycie wywiedzionego z niej wzoru do fortunnego prowadzenia spekulacji giełdowych na przykład. Zważywszy na możliwość poważnych nieprawości etycznych tudzież pokus płynących z niskich pobudek, od których przecież środowisko uczonych nie mogło być wolne żadną miarą – byłby to doskonały motyw wszelkiej zbrodni, nie tylko upozorowanego samobójstwa (hipoteza wstępna) młodego fizyka, o którym poszeptywano w firmie, że stracił równowagę ducha i wpadł w depresję…

Pani Łopusińska posuwa się do swoistego (bo literackiego, ale jednak…) zuchwalstwa, kwestionując Einsteina, mechanikę kwantową tudzież istnienie bozonu Higgsa – ale przede wszystkim miesza w fundamentalnej kwestii przypadku w przyrodzie. Jej bohater – fizyk Noah Majewski – twierdzi, że przypadku nie ma – „nie ma układów, w których strukturze nie dałoby się znaleźć żadnej regularności. Że nawet tam, gdzie wydaje się, że nie ma związku, ten związek jest. Jeśli coś wydaje się przypadkowe, to i tak nawet w tym jest minimalna reguła.” (str. 342) No i pięknie… Dla fizyków bomba. Podobnie jak z tym bozonem – jest czy go nie ma, czy to tylko zmowa uczonych? Pozwolę sobie zauważyć, że to nie ma żadnego znaczenia w literaturze – nawet sensacyjnej. Zgodność z rzeczywistością nie jest wymagana. Idzie bowiem nie o to, co jest napisane, ale jak jest napisane. Przedmiotem fabuły, a osobliwie intrygi kryminalnej może być bowiem dowolna hipoteza – głupstwo, bzdura, mistyfikacja, bajka, zmyślenie. Ważne jest co innego – klasa i gatunek zapisu. Może to być zrobione dobrze albo źle – tertium non datur. Ale czy to prawda czy nieprawda? A kogo o obchodzi?

Pani Łopusińska pisać umie, więc i czyta się dobrze, bez taryfy ulgowej. Pomysłowa intryga toczy się na kilku równoległych płaszczyznach (jedna z nich – historia trójkąta Alexa, Noaha i Rebeki nadto jest wielotemporalna – no, znaczy rozciągnięta w czasie, z retroekspozycją…) w pięknych okolicznościach zimowej alpejskiej przyrody. Wprawdzie sama Genewa, o ile dobrze pamiętam, zimą na ogół robi się dość paskudnym miastem – ale za to Zürich! Zürich wraz z okolicami jest piękny o każdej porze roku, zaś zimą szczególnie. No i, co zawsze mnie dziwiło, w kawiarniach podają tam lepszą kawę niż w Genewie. No więc „Zderzacza” się przyjemnie czyta – i szybko, bo wciąga i nie stawia oporu – choć tekst jest solidnie doładowany wstawkami fizyczno-matematycznymi; zresztą nie próbujcie ich omijać – jest w nich trochę mocy. Mocy dobrze zaprojektowanej literatury, przemyślanej od początku do końca.

Mnie osobiście pani Łopusińska ujęła i przekonała dzięki Fibonacciemu. Średniowieczny (przełom wieków XII i XIII) włoski matematyk Leonardo z Pizy (znany jako Fibonacci właśnie) zaprezentował w 1202 roku ciąg liczb naturalnych o wielu osobliwych właściwościach. Zasada układania ciągu jest prosta: każda następna liczba ciągu jest sumą dwóch poprzednich. W zapisie wygląda to tak: 0 1 1 2 3 5 8 13 21 34 55 89 144 233 i tak dalej… Jedną z tych osobliwych właściwości jest pewna jednostajność proporcji – przybliżona wprawdzie, ale zawsze niemal identyczna. Idzie o to, że (pominąwszy sam początek ciągu) iloraz kolejnych dwóch liczb – to znaczy następnej dzielonej przez poprzednią – daje aproksymalnie liczbę 1,6 – no, powiedzmy dla większej precyzji: 1,61… I to jest znana w matematyce tzw. złota proporcja. W przyrodzie występuje dość powszechnie – przyjrzyjcie się dokładnie na przykład układowi ziaren w dojrzałym „talerzu” słonecznika, albo wypustkom na powierzchni owocu ananasa… Ciąg Fibonacciego i wynikająca zeń złota proporcja odgrywają jakowąś rolę w teorii fizyka Noaha Majewskiego, ofiary znalezionej na dnie Zderzacza. Ale nie pytajcie mnie – jaką? Dość, że lubię elegancję i wszechstronność ciągu pizańczyka Fibonacciego. To kreacja umysłu i przyrody zarazem, przekonująca po pitagorejsku, że wszystko jest liczbą. A mechaniką Wszechświata raczej twarda logika kieruje niż spekulatywna probabilistyka – dziedzina umysłu mocniej wchodząca w sferę konwencji – powiedzmy nawet, że umowna. Skoro istnienie bozonu Higgsa to bardziej kwestia uzgodnionej interpretacji niż twardego pomiaru… A jeśli o liczenie chodzi, to miło jest dowiedzieć się, że zawsze można liczyć na genewską policję kantonalną; dziewczyny i chłopaki starają się nawet bardziej niż potrafią! Swego rodzaju satysfakcję daje też konstatacja, iż Wielki Zderzacz Hadronów wszedł do kręgu… mitów-celebrytów popkultury.

Tomasz Sas
(30 04 2022)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *