Pakuję walizkę

6 stycznia 2022
Pakuję walizkę
Marcin Król
esej polityczny
Wydawnictwo Iskry, Wrszawa
24 12 2021
231

Marcin Król 


Pakuję walizkę
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2021

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Filozof o drogę nie pyta…

W przypadku krytycznej analizy i takiegoż opisu dzieła historyka idei, czyli badacza zaprzeszłych produktów myśli ludzkiej (nie każdej myśli oczywiście – o czym za chwilę…) wydaje się niezbędna pewna dwoistość spojrzenia. Przyglądamy się zatem, jakimże to dawnym i niedawnym ideom nasz historyk poświęcił (a właściwie poświęcał) najwięcej uwagi w ciągu swego procesu badawczego (odnotowując też te idee, którym czasu poświęcał mniej…). Zidentyfikowanie obszaru głównych zainteresowań wiele mówi. Jeżeli nasz badacz idei całe życie zajmował się transcendentalną legitymizacją władzy monarszej, a habilitował się z tennoizmu (po półrocznym stypendium w Kioto) – możemy sobie darować dalsze dociekania. Lecz jeśli na przykład tkwił w nurcie opisywania demokratycznych fundamentów władzy w państwie prawa (nawet jeśli czynił to w czystym duchu Kelsenowskim) – zasługuje na baczniejszą uwagę i lekturę (jeśli publikował). Bo zapewne ma to związek (bliższy niż myślicie) z praktyką polityki dnia powszedniego.

W bezmiarze dorobku myśli ludzkiej – tylko tym wypowiedzianym, jakoś sformułowanym, zapamiętanym, zapisanym, rozpowszechnionym, skodyfikowanym – idee, którymi chce zajmować się historyk, wyróżniają się paroma definiującymi „rysami charakteru”. Więc na ogół są to zamknięte, skończone, jednorodne i określone pomysły, projekty zorganizowania świata, urządzenia przyszłości, poprowadzenia toku spraw publicznych, „ustrojenia” zasad funkcjonowania społeczeństw, wspólnot, państw, propozycje nowego spojrzenia na stare dylematy wiary, kultury, władzy, wspólnoty, dziejów, postępu, tradycji – no, słowem wszystko, co ludzie sobie pomyślą i ubiorą w zdania – w mniej więcej zamkniętej formule manifestu intelektualnego…

Podręczną klasyfikację idei, którymi zajmuje się historyk tychże idei, wyznacza limes uczestnictwa. Po jednej stronie linii granicznej jest gromada idei zaprzeszłych – wymyślonych dawno temu i… dawno temu wybrzmiałych, zbankrutowanych, zarzuconych, zapomnianych, skazanych, zagubionych lub skompromitowanych. Warto je badać? A to już co kto lubi… Warto jednak zauważyć, że samo badanie treści ideowego manifestu intelektualnego to za mało dla poważnego zadania, któremu sprostać winien każdy uczciwy „tropiciel myśli”. Wypada zawsze sprawdzić, co dana idea ludziom uczyniła – jak była wdrażana, jak zmieniła wyznawców i przeciwników, jak wpłynęła na bieg dziejów, czemu upadła (jeśli upadła). Zresztą ten postulat dotyczy idei klasyfikowanych po obu stronach wspomnianego limesu uczestnictwa – z jednej flanki tych, w których nawet potencjalnie nie możemy uczestniczyć – tak odległe bowiem od naszej praktyki życia codziennego są ich rudymenty (a każda próba ich wskrzeszenia współcześnie byłaby ekscesem nie tyleż intelektualnym, co medycznym, nadającym się do postępowania psychiatrycznego). Z drugiej zasię flanki plasują się idee równie historyczne, czasem z bardzo zacnym, starożytnym rodowodem, lecz po dziś dzień żywe i praktykowane (nie bez dewiacji, wypaczeń i „słusznych” modyfikacji, ale zawsze…). Z faktu, że idea wciąż żywa i praktykowana, nie wynikają przecież żadne zakazy badawcze. Przeciwnie – zawsze warto poświęcić takiej idei więcej czasu, bez autocenzury i zarazem osobistych (albo, co gorsze, grupowych) idiosynkrazji. Nie tylko dla nauki, ale dla praktyki życia publicznego…

Istota zatem pierwotnego dylematu historyka idei tudzież filozofa polityki sprowadza się do pytania, czy potrafi traktować przedmiot swych dociekań sine ira et studio. Bezstronnie, obiektywnie, beznamiętnie… Innymi słowy: czy wkraczając na obszar swej penetracji ostrzy tylko bukiet ołówków, czy maluje twarz w barwy wojenne i wzywa na pomoc swojego Manitou. Wydaje się bowiem, że uprawianie historii myśli ludzkiej poza świadomością własnych poglądów i ich uczestnictwem w procesie poznawczym (choćby w roli filtrów i narzędzi) nie jest możliwe. Uczony jest tu i teraz. Całkiem się nie wyabstrahuje z kontekstu, nie odwoła proweniencji, nie dokona apostazji z własnej przynależności na potrzeby procesu badawczego. Lepiej nawet nie próbować udawać – tylko na wstępie uczciwie zdefiniować własne poglądy, opisać narzędzia oraz wskazać ich pochodzenie, określić i pomierzyć własne ideowe koordynaty i wzorem Marcina Lutra powiedzieć: tu stoję… Tu mnie macie! Historia co do faktów obiektywna być musi, ale co do myślenia o faktach – a osobliwie o takich, które w istocie nie mają postaci namacalnej, jak idee właśnie – bywa stronnicza jak cholera. I dla historyka lepiej, gdy o tym z góry uprzedza.

Zmarły przed rokiem (z małym okładem) profesor Marcin Król często uprzedzał, jaki drogami wędrują jego myśli o myślach tudzież ideach, z jakich źródeł czerpie surowce, narzędzia i inspiracje. Był historykiem uczciwym, przyzwoitym, rzetelnym i sprawiedliwym, a filozofem takimże nie mniej. Ale nie bez-stronnym. Miał i objawiał temperament publicysty, wojownika bez mała, zaangażowanego polityka (we właściwym tego słowa znaczeniu!), czasem krytycznego „towarzysza podróży”… Ale zawsze eleganckiego, zawsze gotowego do nieograniczonej empatii, zawsze skłonnego do szczerego – bez konwencjonalnych, grzecznościowych ograniczeń – dialogu. Z jednym wyjątkiem… Który dotyczy prawdziwych i urojonych przeciwników politycznych – może nie tyle przeciwników, co wrogów raczej. Profesor nazywał ich komunistami – i wydaje się, że nagle on – skądinąd historyk idei przecież – przestał rozumieć możliwe (naukowe, doktrynalne i potoczne – ale w granicach rozumu czy emocji nawet) znaczenia słowa „komunizm”. W jego wykonaniu to było brutalne ustawienie do bicia – epitet obraźliwy, zeszmacający, wykluczający… Na amen i na wsiegda.

Nie mam mu tego za złe – pewnie dlatego, że się nie poczuwam (no, może troszkę…). No i nadto mniemam, że fobie i natręctwa (nawet te nieuleczalne) nie tyle szkodzą, co ubarwiają dossier każdego uczonego. Co gotów jestem zaakceptować bez stosowanego w tych wypadkach rygoryzmu moralnego, wspólnotowego – tym bardziej, im bardziej nie był-ci on (profesor znaczy) z mojej bajki. A nie był – bo chociaż-ci on szczerym był demokratą, to jednak głębinowym konserwatystą i liberałem jak się patrzy: zatwardziałym, bezkompromisowym i korzennym. Ale co tam komunizm – moją wdzięczność dla profesora, szczerą, hołdowniczą admirację i najgłębszy szacunek gotów jestem zawsze składać za dwa słowa: „byliśmy głupi”. Profesor wrzucił je do dyskursu publicznego w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w lutym 2014 roku, a potem – silnie zbudowany uzyskanym rezonansem – poszerzył temat o nader istotne wątki intelektualnej śmiałej rozprawy (ze swym środowiskiem politycznym – dodajmy) i o tej głupocie książkę (pod tytułem oczywiście „Byliśmy głupi”) wydał w 2015 roku. Powiedzieć, że wstrząsnęła ona opinią publiczną, środowiskiem profesora, czy w ogóle tzw. klasą polityczną – to nic nie powiedzieć. Bo nie wstrząsnęła ani na jotę, nic a nic – i nikim. Wszyscy byli odwróceni… Od dawna zajęci czymś innym – nie zaś intelektualnymi spowiedziami i obrachunkami. Marcin Król ze swymi szczerymi rozliczeniami został w intelektualnej próżni, a jesienią tegoż roku Jarosław Kaczyński (on jeden chyba uważnie esej Króla przeczytał ze rozumieniem…) wygrał wybory (czego profesor nie przewidział raczej). I było pozamiatane. Historyk idei sam nieomal przeszedł do historii.

Nie odniosę się do udowodnionej przez Marcina Króla w sposób bezsporny tezy, że byliśmy głupi (znaczy oni byli głupi). Może tylko zgrubnie zaznaczę, że Król wraz z towarzyszami walki z komuną nie mieli pojęcia z kim właściwie walczą; pobudowali wpierw idealną à rebours figurę wroga – arcykomucha, arcyłajdaka, arcyzdrajcy, arcysługusa sowieckiej machiny zbrodni – i z nią wygrali (jak niegdyś pewien niespełna rozumu rycerz z La Manczy ze skrzydlatymi smokami…). A do tego nie mieli zielonego pojęcia, czego właściwie chcą, jakie mają potrzeby, aspiracje i marzenia te miliony, w imieniu których poszli na bój. W ogóle ich nie znali i nie rozumieli… Do tego tuż po ustaniu walk i odtrąbieniu tzw. zwycięstwa towarzysze Króla wdali się w potępieńcze swary, wojenki na górze – mniemając, że wolność tak wielkim jest darem, iż sama za nich automatycznie zbuduje nową, liberalną krainę solidarności, zdrowia, szczęścia i wszystkiego najlepszego… I nie mam nawet odrobiny Schadenfreude (choć może powinienem mieć…). Dlatego, że potęga konsekwencji tej głupoty dziś przytłacza, wręcz poraża i paraliżuje. Na myśl, jak mogłoby być pięknie… To se ne vrati – drugiej szansy nie da nikomu Historia.

Dziś zrealizowanie choćby połowy tamtego potencjału polskich możliwości wymagać będzie śmiertelnej walki i długiego, upierdliwego sprzątania – bez gwarancji sukcesu. Ale profesor Król coś nam na tę drogę zostawił. Skromnego, lecz ciekawego. Krótki esej „Pakuję walizkę”, który nieoczekiwanie w obliczu śmierci profesora nabrał pewnej takiej dwuznaczności intelektualnej (nazwijmy ją testamentalną…), ale w zamyśle był raczej wstępem metodologicznym, ideowym („narzędziowym”) do ledwo sygnalizowanego tu i ówdzie zamiaru sporządzenia dzieła fundamentalnego o demokracji – może nawet repliki samego Tocqueville’a. Profesor zatem do tej figuralnej, symbolicznej walizki, zabranej w drogę ku nowym przeznaczeniom, spakował swe własne stare dylematy badawcze, wielkie (w sensie użytego kwantyfikatora) pytania swego całożyciowego, dotychczasowego doświadczenia – jakby nie chciał zostawiać za sobą kwestii nadal nierozstrzygniętych i nierozstrzygalnych.

Spakował na wstępie kwestię początku i końca. Nic śmiesznego… Idzie o to, by zanim ruszy się do przodu, w przyszłość, by rozpocząć coś nowego, trzeba dokonać audytu przeszłości. Myśl w zasadzie słuszna i metodologicznie poprawna. Lecz po co? By mieć porządek w kwitach i innych papierach? Być gotowym na niespodziewane i nie zaprzątać sobie głowy ani ducha przeszłością? By nie popaść w uzależnienie od przeszłości (czyli aby zawsze było jak dawniej)? By nie poddać się gnuśności i bezmyślności? Zapewne – ale doskonale mogę sobie wyobrazić nowy początek bez definitywnego pożegnania starego końca. Innymi słowy – mogę rzeczywistość pojmować w skrajnym przypadku jako wiele po sobie (albo równocześnie) następujących początków, bez ani jednego zakończenia… I nie będzie to gorszy świat.

Następną spakowaną przez profesora Króla kwestię muszę w tej rekomendacji pominąć, albowiem w całości kwestionuję istnienie porządku intelektualnego i wszelkiego innego, w którym kwestia ta się obraca. Idzie o znikającą rolę Kościoła. Z faktu, że autor zaczął to słowo wersalikiem, dużą literą, wnoszę, że chodziło mu o kościół katolicki – depozytariusza, administratora, organizatora i strażnika uważanego za ważny odłamu religii chrześcijańskiej. Znikający Kościół to – zdaniem profesora – znikający świat wyobraźni i kultury. Nie zgadzam się z tym fundamentalnie i głębinowo. Komu znika, temu znika; mnie nie znika. Bo też żadnego dającego się dowieść iunctim między kościołem a wyobraźnią i kulturą raczej nie ma.

W dalszej kolejności Król pakuje do walizki dylemat banalizacji zła. Od czasów Hannah Arendt ważny jak cholera. Tak, to w bagażu trzeba mieć. Dobro to nie absolut – zdaniem profesora – samoistnie nie egzystuje, ale dopiero w obecności zła materializuje się. „Dobro to rezultat walki ze złem, a nie prosty odruch moralny” – powiada Marcin Król. I to warto zapamiętać. Podobnie jak rozważania o cierpieniu i przyjemności – co w dziele uprawiania filozofii polityki ma swoje znaczenie – czyżby istotnie przyjemność była celem tego sposobu sprawowania władzy, który znamy pod nazwą demokracji?

Dla uprawiania tej ostatniej o wiele większe znaczenie niż esej „Pakuję walizkę” mają dołożone do kompletu „Notatki. Dziennik z czasów zarazy” – czyli krótkie zapiski profesora, publikowane pierwotnie na Facebooku od 5 kwietnia do 25 października 2020 roku – praktycznie codziennie. Zebrane w całość, robią wrażenie – bo to daleko więcej, niż uczynić mogą pojedyncze teksty na – umówmy się – co nieco śmietnikowej skądinąd platformie komunikacyjnej w sieci. Lektura tego prostego, pełnego znaczeń i ważnych napomknień wykładu podstaw myślenia o polityce to najważniejszy „prezent na drogę” od profesora Króla dla wszystkich, którym nie jest obce pojęcie odpowiedzialności w życiu publicznym – nawet takim jak ja „ochlo”: Odpowiedzialnym, ChLeniwym Obywatelom. Jestem też wdzięczny profesorowi za finezyjną, prostą i pochłaniającą całą istotę rzeczy definicję… „Demokracja to niesłychana propozycja. A mianowicie my sami decydujemy, że będziemy sobą rządzić.” Więc niech się w końcu ziści!

Tomasz Sas
(6 01 2022)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *