Mistrzyni

7 grudnia 2021

Manuela Gretkowska  


Mistrzyni
Wydawnictwo Znak litera nova, Kraków 2021

Rekomendacja: 2/5
Ocena okładki: 4/5

Przez żołądek do serca?

Kto mniemał, że Manuela Gretkowska po nieszczególnie udanej próbie zwrotu ku historii (mam tu na myśli „Faworyty” z epoki wczesnego króla Stanisława Augusta) porzuci zuchwały zamysł przegrzebywania archiwaliów w poszukiwaniu aferek i awanturek z udziałem starożytnych Polaków (i nie tylko Polaków) płci obojga, srodze się zawiódł i w mylnym pozostał błędzie. Nie porzuciła… Ale niech nikt nie sądzi, że mam jej to za złe – lub w ogóle jestem przeciw tego rodzaju archeologii obyczajowej. W żadnym wypadku – przeciwnie: uważam, że nic nikomu do tego, skąd autor prozy czerpie inspirację, jak (i do jakich) się do źródeł odnosi. I w ogóle – co ma na myśli. Niech sobie ma, co zechce. Idzie tylko o to, jak to jest napisane – dobrze czy źle!

W uprawianiu literatury bowiem nie ma stref zakazanych. Owszem – bywają dorozumiane umowy, iżby tego lub owego nie tykać, bywają tematy tabu, bywają normy, zasady i zakazy honorowe, moralne, religijne, kulturowe, obyczajowe, polityczne – niekiedy wzmacniane przepisami ustaw karnych lub prawa cywilnego. Jak choćby ta ogólna i bezwzględna w swym sensie reguła: kto z winy swej wyrządził drugiemu szkodę, obowiązany jest do jej naprawienia… W literaturze, a więc w świecie niematerialnego przecież słowa, norma ta obowiązuje jak wszędzie – ale przecież wprost – expressis verbis – nie zabrania czynienia drugiemu szkody, nakazuje tylko jej naprawienie. Ale to temat na zupełnie inne opowiadanie. Zwłaszcza gdy do naprawienia nie dojdzie… Przepraszam, przypomniało mi się, że ponad pół wieku temu studiowałem prawo.

Lecz revenons á nos moutons… Więc gdzie tym razem archeologiczną łopatkę wbiła w grunt historii pani Gretkowska? Wbiła w warstwy sedymentacyjne pozostałe po burzliwych procesach dziejowych dokładnie na przełomie wieków dziewiętnastego i dwudziestego – mniej więcej w centrum Warszawy, gubernialnego miasta na zachodnich krańcach Imperium Rosyjskiego, niegdysiejszej stolicy niegdysiejszego królestwa Obojga Polski tudzież Litwy (ale to było dawno…). Rządził wtedy car Mikołaj Wtaroj iz familii Romanowych – i jeszcze mu prawie dwie dekady tego rządzenia zostało. Ale rząd dusz w Warszawie tych dni ostatnich dziewiętnastego stulecia sprawowali: miliarder – bankier oraz przedsiębiorca Karol Jaroszyński, pisarz i felietonista Aleksander Głowacki, lepiej znany jako Bolesław Prus, oraz pewna miejska patrycjuszka – barynia Lucyna de domo Bachman (przybysze z Nadrenii, transferujący się przez pruski naonczas Toruń, do Warszawy), primo voto ziemianka (w sensie nie, że mieszkalna dziura w ziemi, ale żona ziemianina) Staszewska, secundo voto inżynierowa Ćwierczakiewiczowa – majętna (nad przeciętną miarę) pisarka, publicystka, znawczyni kuchni i w ogóle gospodarstwa domowego tudzież filantropka (ale nie rozrzutna…).

To właśnie tę trzecią personę obrała za cel Gretkowska. Celowo używam słowa „cel” – a nie bohaterka – Gretkowska bowiem „ostrzelała” wybraną postać produktami swojej wyobraźni, czyniąc ją raczej mocno niepodobną do pierwowzoru. Bo miała swoje pomysły, swoje tezy do udowodnienia – a te, jak wiadomo, ważniejsze są od wierności prawdzie historycznej. Prawdzie, która bywa nudna i zupełnie nieliteracka. Żeby było jasne – nie mam nic przeciwko temu – to kwestia wolności i konwencji. Gretkowska przecież nie daje do zrozumienia, że pisze naukową biografię. To powieść historyczna, której związek z tym, Jak-To-Było-Naprawdę, może być zgoła luźny, z lekka tylko zamarkowany. Czas przeszły, odziany w konkretny kostium, może być tylko nieoczywistym rusztowaniem dla pewnego pomysłu fabularnego i towarzyszących mu założeń ideowych autora. Ćwierczakiewiczowa może być tylko pretekstem – o tyle wszakże istotnym, że w epoce, o którą chodzi, po prostu lepszego nie było…

Otóż to – bohaterem Gretkowskiej jest bowiem epoka, w której doszło do „przełomu w bulwie” w tak zwanej kwestii kobiet – czyli konkretnie: absolutnego zrównania praw obu płci. W ostatnich latach dziewiętnastego stulecia i na początku dwudziestego walka o to zrównanie (w tym prawa polityczne, ekonomiczne, społeczne i obyczajowe) stała się masowa – a takie pojęcia jak emancypacja i później sufrażyzm (czyli walka o prawa wyborcze) weszły na stałe do kanonu cywilizacji atlantyckiej i śródziemnomorskiej. Początek końca epoki formalnego i praktycznego patriarchatu właśnie wtedy się rodził. W tym sensie ostatnia fraza powieści Gretkowskiej, skierowana do męskich szowinistów: „kiedyś otworzymy te parasolki w waszych dupach” – ma wymiar symboliczny dla istoty całego tekstu „Mistrzyni”. To manifest – ze wszech miar słuszny i jakże potrzebny, nośny nie tylko w czasach Ćwierczakiewiczowej i jej uczennic – ale wciąż i wciąż – współcześnie. Walka bowiem trwa i końca nie widać. Wiem zatem, że dzień ten (otwierania parasolek w dupach) kiedyś nadejdzie i już się boję. Z drugiej zasię strony mam pewność, że naprawianie odwiecznej niesprawiedliwości i nierównowagi międzypłciowej jest aktem cywilizacyjnie koniecznym i nie dokona się sine ira. Przeciwnie: do gwałtów dojść może. Założycielka Partii Kobiet winna mieć tego świadomość… Ale to temat na inne zgoła opowiadanie.

Cóż zatem Gretkowska uczyniła z Ćwierczakiewiczową? No, wykreowała postać na miarę swoich potrzeb. Trudno ocenić – na ile podobną, a na ile odległą od oryginału. Zresztą, czy to jest istotne? Wiadomo z rozmaitych źródeł, że Matka Natura wyjątkowo oszczędnie potraktowała madame Lucynę w kwestii urody, prezencji i innych przymiotów kobiecego eksterioru. Innymi słowy: babsztyl był to gruby i brzydki – przynajmniej w epoce, o której mowa. Co do charakteru i innych cnót niewieścich opinie krążyły sprzeczne. Koledzy i konkurenci – publicyści i inni dziennikarze warszawscy; co do jednego męscy szowiniści – jej wtargnięcie na rynek wymiany idei i myśli traktowali jak horrendum, bez mała dopust boży, niezasłużoną karę i wybryk zgoła sił nadprzyrodzonych. Toteż przypisywali jej rozmaite paskudne przywary. Widomy to znak, że bolało – ergo: miała pewnie rację… Z drugiej wszakże strony uważano, iż baba jest zdecydowanego charakteru – że do rany przyłóż. Ale nie po to, by się rzeczona rana szybciej wygoiła. Raczej by rozognić i wypalić do żywego – bolało, ale od gangreny ratowało…

Poglądy Lucyny Ćwierczakiewiczowej de publicis są mniej więcej znane – w końcu przez blisko trzydzieści lat zamieszczała skrupulatnie i regularnie felietony, czasem większe teksty publicystyczne, rozprawki o modzie i paryskich trendach i tzw. porady domowe, tudzież gospodarskie w tygodniku „Bluszcz” – popularnym i skądinąd postępowym piśmie dla damskiej części inteligencji warszawskiej (lecz nie tylko). Pisywała też do „Kuriera Warszawskiego”, wydawała regularnie kalendarze dla gospodyń w gigantycznych edycjach (które ozdabiała własnymi próbami dramaturgicznymi i poetyckimi, ale do tego talentu wyraźnie nie miała; lecz kto bogatemu zabroni…), wydawała książki kucharskie i poradniki. Bywało, że nakłady miała większe niż panowie Prus i Sienkiewicz razem wzięci. Nie mówiąc już o dochodach… Wniosek: umiała pisać, miała do tego talent – zarówno do komunikatywnej formuły przepisów kulinarnych (a rzadka to kompetencja, nawet dziś…), jak i do namiętnych filipik publicystycznych. A z jej dorobku, który ukazywał się regularnie drukiem, wyczytać można, że była zwolenniczką umiarkowanego postępu, higieny i w ogóle zdrowego życia tudzież zdrowej diety, ruchu i ciekawości świata. Orędowała też w kwestii emancypacji kobiet – osobliwie nalegając na usamodzielnianie się ekonomiczne pań (czyli stałe dochody z pracy zarobkowej i aktywności zawodowej). No i propagowała zasady doskonalszego (czytaj: oszczędnego) prowadzenia gospodarstw domowych… Innymi słowy: postać wielce pozytywna, wywołująca dobroczynne wiry przewietrzającego świat powietrza, odpowiedzialna za pewien rodzaj fermentu intelektualnego końca XIX stulecia. A poza tym – w pewnym sensie ówczesna celebrytka, protoplastka (dziwne słowo – nawet jak na wymagany ostatnio przez heroldów poprawności politycznej obowiązkowy feminatyw…) współczesnego „towarzystwa”, obiekt plotek, „podmiot liryczny” socjalnych awantur i tego, co dziś nazywamy hejtem, a kiedyś było po prostu nienawiścią. Swojską i zrozumiałą. Madame Ćwierczakiewiczowa w całym swoim życiu doznawała nienawiści pół na pół z uwielbieniem… Czasem naprzemiennie, czasem jednocześnie.

Co z pani Lucyny uczyniła Gretkowska? Powiedzieć, że sui generis potwora, to nic nie powiedzieć. Ale to nic takiego zdrożnego – Ćwierczakiewiczowa prawdopodobnie do ekipy dam wzorowych pod każdym względem nie należała. Ba – zapewne nie była wzorowa pod żadnym względem… Gretkowska, poruszając się w ramach literackiej swobody i w granicach (rozciągniętych do limitu bezpieczeństwa w sensie czysto fizycznym) prawdopodobieństwa, wykreowała postać wielce neurotycznego babiszona – z jednej strony upartego jak muł, twardego i trzeźwego „człowieka interesu”, z drugiej – kobietę chwiejną i ulegającą nastrojom, krótkotrwałym wrażeniom, osobliwym idiosynkrazjom, fobiom, iluzjom, natrętnym urojeniom, fantazjom tudzież zmyśleniom. No i pięknie. Mogło tak być? Mogło. Wyobraźnia i kreacyjne umiejętności Gretkowskiej są bowiem najwyższej próby – mnie w tej Ćwierczakiewiczowej nic nie zgrzyta; figura jest w swym okropieństwie doskonała. A już perfekcyjnie i ze znajomością rzeczy wystudiowany epizod jej zauroczenia młodym, początkującym aktorem – to perła wśród innych prozatorskich klejnotów największa… Szczegółów żadnych zdradzać ani cytować nie będę. Jeśli ktoś się zdecyduje na lekturę, niech ma satysfakcję samodzielnej wędrówki da capo al fine. Albo odwrotnie.

Ale – zmierzając do pointy – godzi się powiedzieć, co właściwie zgotowała swoim czytelnikom ewentualnym Gretkowska pod zwodniczym tytułem „Mistrzyni”? Dobre pytanie… Jeśli można samozwańczo (i pokornie…) pokusić się o opinię, to zaryzykowałbym twierdzenie, że to zakamuflowany w pewnym takim bezładzie intelektualnym (zapewne celowo – nie mimowolnie) manifest feministyczny. Postać mistrzyni kuchni, mistrzyni życia (no, powiedzmy, że trochę zdetronizowanej…) skrywa jakieś pragnienie rewolucji, tylko nie wiadomo dokładnie – jakiej. Się zobaczy, jak nadejdzie. Ale na razie gotujemy, gotujemy – smacznie, zdrowo, oszczędnie, ciekawie, zaskakująco… Innymi słowy – autorka i jej bohaterka to mistrzynie samej siebie – ot co! Ale czyta się przyjemnie – bez chropowatych zdziwień, jakże kłopotliwych choćby podczas czyszczenia srebrnych łyżeczek…

Tomasz Sas
(7 12 2021)

P.S. Wymagany przez niektórych krytyków – tych nastrojonych bardziej purystycznie i konserwatywnie – postulat niezbędnej, minimalnej choćby stylizacji językowej w powieści historycznej, wydaje się być całkiem obcy Gretkowskiej. I słusznie. Popieram – niech postacie dialogują, jak autor zechce – nawet całkiem współcześnie. Ale bez przesady w drugą stronę. Prus, oceniający jakość roboty dramaturgicznej pani Ćwierczakiewiczowej słowem „profeska” – to chyba przegięcie; przecież to nie plebiscyt na młodzieżowe słowo roku… A po drugie – pod koniec dziewiętnastego stulecia prasy nie kupowało się w kioskach – pani Manuelo… Dystrybucja gazet codziennych niemal w całości była domeną tzw. sprzedaży naręcznej, obnośnej, czyli gazeciarzy. Natomiast tygodniki i inne periodyki o jeszcze mniejszej częstotliwości edycji, ergo: dłuższym czasie przydatności do „spożycia”, można było kupić na przykład w księgarniach, papierniach, mydlarniach i inny tego typu przybytkach wolnego handlu, ale znakomita większość nakładu rozchodziła się w prenumeracie pocztowej – o dziwo, nad wyraz sprawnej. Zresztą wspomniany tu „Bluszcz” był na ówczesnym rynku pionierem, orędownikiem (i beneficjentem zarazem) tej techniki dystrybucji. A kioski to wynalazek dwudziestowieczny – pierwsze charakterystyczne „okrąglaki” stanęły w Krakowie, bodajże tuż przed wojną (pierwszą – ma się rozmieć). Zaś masowe ukioskowienie pejzażu miast zawdzięczamy przed wojną (tym razem drugą)… Melchiorowi Wańkowiczowi. Praktyczne uprawianie historii zresztą pewnie Panią nieraz zaskoczy… TS

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *