Sen o okapi

24 maja 2021

Mariana Leky  


Sen o okapi
Przełożyła Agnieszka Walczy
Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2021

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 4/5

Raport oniryczny z krainy Jasia i Małgosi

Oh, du schöner Westerwald!
Über Deine Höhen pfeift der Wind so kalt
(początkowe wersy refrenu popularnej
pieśni marszowej Wehrmachtu)

Bracia Jakub i Wilhelm Grimmowie urodzili się w Hesji, w mieście Hanau, tuż przy wschodnim skraju niewysokiego, ale długiego, zalesionego pasma wzgórz Westerwald. Bracia Grimmowie pisali bajki (a może tylko spisywali, jak to czynią etnografowie…). Bodaj najsłynniejsza z ich historyjek to „Hänsel und Gretel” (czyli po spolszczeniu „Jaś i Małgosia”) – dzieje się w lasach Westerwaldu właśnie. Pewien drwal owdowiały, z dwójką dzieci, wziął sobie kolejną kobietę, a ta namówiła go, by dzieci – dla oszczędności, bo życie takie jest kosztowne – w lesie porzucił. Biedactwa tułały się, aż trafiły na chatkę, zbudowaną z chleba i pierników. Gdy trochę podjadły, właścicielka tej osobliwej pułapki, wredna skądinąd czarownica, uwięziła maleństwa, by je jeszcze podtuczyć, upiec i smacznie zjeść. Na szczęście sprytne dzieciaki sfajczyły babę w jej własnym piecu, zabrały z chatki trochę zamelinowanej biżuterii niewiadomego pochodzenia, odnalazły drogę do domu. A tam macocha wyzionęła już ducha, tatko się ucieszył i odtąd wszyscy żyli długo i szczęśliwie…

I od czasu tamtej historyjki tak już jest w Westerwaldzie – są problemy, jak wszędzie, ale udaje się je pokonać lub choćby zneutralizować – a w rezultacie wszyscy (no, z małymi wyjątkami…) żyją długo i szczęśliwie…

Życie bowiem i śmierć w Westerwaldzie regulują sny Selmy – babci narratorki, dziesięcioletniej (na początku opowieści…) Luizy. A konkretnie – jeden sen. Gdy na polance w Sowim Gaju (czyli echt niemieckim lesie z germańskich bajek) pojawia się okapi – zwierzak, który sam w sobie jest niemal sennym majakiem (chociaż istnieje naprawdę: okapia johnstoni w lasach środkowej Afryki – rzadka i osobliwa mieszanina żyrafy, zebry, osła, sarny i myszy) – w ciągu dwudziestu czterech godzin ktoś w okolicy umiera. No, czasem może w ciągu czterdziestu ośmiu godzin… Ludzie w Westerwaldzie nie byli specjalnie przesądni. Bez strachu siadali pod ściennymi zegarami, choć to proszenie się o szybką śmierć, ostentacyjnie wywieszali pranie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, chociaż oznaczało to co najmniej udział w zabójstwie…

Ale oniryczne okapi u babci Selmy to poważna sprawa; śniło się trzy razy i trzy razy sen zabijał. Więc po pojawieniu się w przestrzeni społecznej hasła „okapi” Westerwald zamierał na dobę lub dwie. Mieszkańcy kładli się do łóżek, nie wychodzili z domów, pisali listy z prośbami o wybaczenie do wszystkich, których kiedyś (jak myśleli…) skrzywdzili. Potem te listy odbierali od listonosza, gdy opróżniał skrzynkę… Tak było i tym razem – 18 kwietnia 1983 roku; po dwudziestu czterech godzinach mieszkańcy Westerwaldu odwołali Okapi-Alarm, zapominając, że funkcjonuje też cykl czterdziestoośmiogodzinny. I stało się… W drodze do szkoły, w pociągu, Martin, syn myśliwego i pijaka Palma, przyjaciel jedyny i serdeczny Luizy, oparł się jak zwykle o automatyczne drzwi wagonu. Ale akurat tego dnia drzwi nie były domknięte…

Tak, nie można powiedzieć, by mieszkańcy Westerwaldu nie obcowali z magią na co dzień. Mieli ją wokół – naocznie, namacalnie i boleśnie. Ale nie pozwolili, by magia niosła dezintegrację – przeciwnie: przeciwstawiali się jej z całych sił, choć czasem niezdarnie i nad wyraz pokrętnie. Więc w zasadzie „Sen o okapi”jest książką o… miłości. Ano tak – ściślej biorąc: o praktykowaniu miłości bezceremonialnej, może trochę naiwnej, ale żadną miarą niewyspekulowanej, niczego wielkiego nie oczekującej w zamian, oprócz zrozumienia fantazji, przeczuć i nieodpartych pokus „tej drugiej” osoby. Innymi słowy: miłość w Westerwaldzie to akceptacja – ale nie rezygnacja. Bo akceptacja akceptacją, ale czemu nie powalczyć o swoje? Oczywiście nie wszyscy walczą z odpowiednią intensywnością. Alaska kocha wszystkich bezwarunkowo. Ale Alaska to pies – gigantyczne bydlę, mające w sobie coś z wilczarza irlandzkiego. Optyk kocha babcię Selmę od dobrych trzydziestu lat, ale nie potrafi jej tego powiedzieć, hamowany przez głosy w głowie; jest za to posiadaczem największej w świecie kolekcji początków, pierwszych zdań listów miłosnych. Astrid, mama Luizy i właścicielka kwiaciarni, nie kocha Petera, ojca Luizy, wioskowego lekarza. Ma kochanka (Alberto jest Włochem i właścicielem lodziarni) i nierozwiązywalny (do czasu, do czasu…) dylemat: odejść – nie odchodzić? Peter, ojciec Luizy, kocha chyba tylko siebie; właśnie postanawia zawiesić praktykę i za namową psychoanalityka doktora Maschke rusza w świat – wszędzie tam, gdzie go dotąd nie było; od wyjazdu tylko dzwoni – a to z Namibii, a to z Malezji, z Alaski, Nowej Zelandii, z Agadiru, Krasnojarska… O życiu uczuciowym Elsbeth, szwagierki Selmy i smutnej Marlies – wioskowej dziwaczki – Luiza niewiele raportuje. Sama jest chyba zakochana (też w trybie warunkowym) we Frederiku, młodym niemieckim mnichu buddyjskim z Japonii, który pewnego dnia nagle pojawił się w podszyciu Sowiego Gaju, wśród mchów i paproci…

Lecz bez przesady – Westerwald nie jest krainą miłości w sensie ścisłym. Owszem – jest paru fanatycznych idealistów, ale racjonalni egoiści mają swoją reprezentację, kto wie, czy przypadkiem nie dominującą… Są też wredni, bezinteresowni przeszkadzacze, zazdrośnicy, zawistnicy. Quantum satis – jak wszędzie. Na szczęście Mariana Leky nie każe się nam przejmować życiem codziennym Westerwaldu, troskami i problemami tegoż życia. „Sen o okapi” to nie raport socjologiczny, ale oniryczny, z mitologicznej krainy Jasia i Małgosi na dodatek. Więc jest w nim sporo z baśni. W sam raz, by się w tej prozie zakochać, co rekomenduję poszukiwaczom nowej książki-przytulanki, do poczytywania po kawałku, na okrągło – zamiast słodkiego (i głęboko niewskazanego) deserku po kolacji. Oniryczny klimat „Snu o okapi” ma bowiem właściwości uodparniające, zgoła bakteriobójcze. A już na pewno rozweselające (mimo pewnej takiej zasmucającej dramaturgii niektórych zdarzeń i epizodów).

Oczywiście w pięknym Westerwaldzie nie jest stale tak, jak w cytowanej na wstępie rześkiej, chwackiej pieśni marszowej – gdy nad pagórkami piździ zimny wiatr, ale najmarniejszy promyk słońca nie pozwala sercom przemarznąć do końca… Ten westerwaldzki hymn regularnie wyśpiewywał (tyle że w rytmie walczyka), łażąc po wsi i rycząc wniebogłosy, niejaki Friedhelm, brat sklepikarza i miejscowy jurodiwyj – drażniąc tym lokalsów niepomiernie. Mimo tej magii bowiem Westerwald aspiruje do zwyczajności i oczekuje, że tak będzie traktowany. Wieś jak wieś, okolica jak okolica… Ciągnące się jak smród za wojskiem skojarzenia, wzbudzone frazeologiczną kontaminacją „du schöner Westerwald”, jakoś miejscowym nie pasowały. Mimo to nieco z tej magii po lekturze spróbujmy dla siebie ocalić. I wracać do Westerwaldu…

Tomasz Sas
(24.05.2021)

PS. Muszę przyznać, że podczas lektury „Snu o okapi” towarzyszyło mi słabe, lecz nieodparte wrażenie, że ten klimat – bo nie fabułę – skądś już znam. Ten rytm i sposób opowiadania, strukturę narracji i persyflażowy chichot zza dekoracji. Przypomniało mi się wydane w NRD w 1980 roku (zaś przetłumaczone u nas w roku 1986 i edytowane w PIW-ie – w fenomenalnej serii Klubu Interesującej Książki) „Wykolejenie” Ingi von Wangenheim. Pozornie, czyli na pierwszy rzut oka i następne rzuty, między oboma tekstami nic wspólnego nie ma – poza językiem, w którym zostały oryginalnie napisane. No i dzieli je znaczny upływ czasu… Inge von Wangenheim – przedwojennej jeszcze proweniencji komunistka (ale całkiem nie twardogłowa i nieortodoksyjna), aktorka i pisarka, związana z teatrem Erwina Piscatora, zbudowała „Wykolejenie” na kanwie podobno autentycznego zdarzenia, które w końcu lat 70. wstrząsnęło społecznością spokojnie przepięknej doliny Soławy w Turyngii (skądinąd nieodległej od naszego Westerwaldu…) – w okolicach Jeny, Saalfeldu, Kahli i Pössneck. A najbardziej w Orlamünde. Tam właśnie, na ślepym torze kolejowym przy łące nad rzeczką Orlą, odczepił się od składu towarowego i w końcu wywrócił wagon z towarem eksportowym, załadowanym w drukarni we wspomnianym już miasteczku Pössneck. To były oczywiście paczki książek, adresowane do Sztokholmu. Paczki uszkodziły się i rozsypały, a wszędobylskie dzieciaki przywlekły „to coś” do domów. Miejscowi poligloci szybko rozszyfrowali tytuł – „Artystyczne wariacje na dzień i na noc” – a sprytni młodzieńcy i całkiem dorośli obywatele miasteczka (zanim kolejarze i w ogóle władze lokalne się połapały) rozszabrowali i zabunkrowali nieco towaru w błyskotliwym, dalekosiężnym przewidywaniu wiążących się z jego czarnorynkowym zbytem możliwości poprawy własnych budżetów. No bo nie ma co ukrywać – porno to było w najwyższej poligraficznej jakości (tamtejszy zakład to była wówczas światowa czołówka technologiczna – byłem, widziałem, a trochę się na tym znam…). Lokalna rewolta obyczajowa i próba jej spacyfikowania przez towarzyszy z powiatowego i okręgowego komitetu SED – to właśnie cała fabuła i intryga „Wykolejenia”. Niby nie ma nic wspólnego ze „Snem o okapi”, ale coś jednak jest… Klimat opowiadania, język i imponderabilia, i ten podskórny chichot. Lubię odnajdywać takie nieoczywiste ciągłości w formalnie przecież nieciągłej literaturze (bo kogo dziś obchodzi spuścizna literacka NRD?). Jeśli kiedyś natraficie na „Wykolejenie”, przeczytajcie bez uprzedzeń, że to komunistyczny relikt… TS.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *