Koniec historii

30 kwietnia 2021
Luis Sepulveda 


Koniec historii
Przełożyła Joanna Branicka
Wydawnictwo Noir sur Blanc, Warszawa 2021

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Nie spoczniemy, nim dojdziemy, czyli la lucha continua

Jest takie słynne zdjęcie – jedna z ikon XX wieku: w półotwartych solidnych odrzwiach stoi grupka młodzieńców w cywilnych garniturkach typowych dla mody lat 70.; w rękach mają AK-47, wszyscy zadzierają głowy i patrzą w niebo. W środku grupki stoi starszy pan w marynarce narzuconej na jakiś fikuśny nieformalny sweterek, na głowie ma wojskowy hełm, trochę zawadiacko przekrzywiony i niezapięty. Też trzyma kałasznikowa, też patrzy w górę… Wygląda troszkę groteskowo, ale cała scena to kluczowy moment jednego z większych i ważniejszych dramatów politycznych ubiegłego stulecia.

Akcja uchwycona na zdjęciu toczy się 11 września 1973 roku w Santiago de Chile, przed wejściem do pałacu prezydenckiego La Moneda – a ten starszy pan to legalny prezydent Republiki Chile – doktor Salvador Allende Gossens – właśnie obalany przez puczystów (popieranych, niekoniecznie całkiem dyskretnie, przez CIA i znanego amerykańskiego prezydenckiego doradcę Henry’ego Kissingera, który 12 dni po zamachu, jakby w nagrodę, został sekretarzem stanu USA) pod wodzą niejakiego Augusto Pinocheta – generała tamtejszej armii i jednego z największych zbrodniarzy drugiej połowy XX wieku. Wszyscy patrzą w niebo, bo tam krąży i wyczekuje na rozkaz ataku eskadra myśliwsko-bombowych hawker hunterów (angielskiej produkcji samolotów szturmowych, popularnych wówczas w wielu armiach świata…). Mniej więcej dwie godziny po zrobieniu tego zdjęcia Allende już nie żył; zginął w wymianie ognia z nacierającymi na pałac plutonami podchorążych szkoły oficerskiej; według innej wersji wypadków – strzelił do siebie ostatnim nabojem w swoim karabinku…

W ten sposób lewicowy prezydent Chile – z przekonań żaden-ci z niego był komunista; raczej socjalista, a może nawet umiarkowany socjaldemokrata (to propagandyści CIA zrobili z niego krwawego wnuka Lenina…) – stał się jednym z świętej trójcy męczenników światowej rewolucji, ikonicznym symbolem ofiar walki o postęp. Ci dwaj obok niego to oczywiście Ernesto Che Guevara i Patrice Lumumba. Ultralewaccy radykałowie-terroryści (akceptując tamtych symboliczną wartość) usiłują do tamtej „trojki” dokleić swoich własnych idoli: Ulrike Meinhof i Andreasa Baadera z Rote Armee Fraction, ale nie znajdują zbyt wiele zrozumienia…

Po drugiej stronie historycznej barykady człowiek, która kazał zabić Salvadora Allende, wspomniany tu już Augusto Pinochet Ugarte, przeistoczył się z kulturalnego, liberalnego oficera w sadystycznego prowodyra dziesiątek tysięcy zabójstw, czołowego zbrodniarza drugiej połowy XX wieku; konkurować z nim mógł chyba tylko sąsiad zza grani Andów – niejaki Jorge Rafael Videla Redondo, szef działającej w tym samym mniej więcej czasie junty w Argentynie. No i może Saddam oraz Osama… Pinocheta wspominam szerzej także dlatego, że w jego „zbrodniczym CV” tkwi zawstydzający akcent „polski”. Otóż gdy w 1999 roku na prośbę hiszpańskiego sędziego Baltasara Garzona w Londynie zatrzymano Pinocheta pod zarzutem ludobójstwa i masowego stosowania tortur, trzej działacze naszej prawicy – posłowie AWS Marek Jurek i Michał Kamiński oraz dziennikarz Tomasz Wołek – udali się z hołdowniczą pielgrzymką do Anglii, ofiarowując byłemu już wtedy dyktatorowi… rycerski ryngraf z Matką Boską. To chyba największa moralna wtopa polskiej polityki na gruncie międzynarodowym w całym trzydziestoleciu Polski niepodległej.

Poszerzam trochę spektrum tła, by dobrze pojąć, o co chodzi w całej tej opowieści Sepulvedy. Autor „Końca historii” mógł być na wspomnianym zdjęciu (a może jest?). Młody Luis – student teatrologii na uniwerku w Santiago i członek młodzieżówki partii socjalistycznej należał bowiem do ekskluzywnego (mniej więcej 50 osób) kręgu ochotników, zwanego GAP (Grupo de Amigos Personales), czyli grupy osobistych przyjaciół prezydenta Allende – paramilitarnej, partyjnej jednostki, zajmującej się ochroną prezydenta (który na zawodowe wojsko czy policję z wielu względów nie mógł liczyć…), podszkolonej i dozbrojonej na Kubie. Około trzydziestu członków GAP zginęło w obronie La Moneda i prezydenta, pozostali w większości nadal są na listach zaginionych w czasie puczu Pinocheta Chilijczyków. Nieliczni, w tym Sepulveda, mieli „procesy” i zostali skazani. Sepulveda na 28 lat, ale po trzech został zwolniony i zmuszony do emigracji. Później walczył w partyzantce sandinistowskiej w Nikaragui, pływał na statkach Greenpeace’u, potem mieszkał w Hamburgu i asturyjskim Oviedo, pisał powieści, książki dla dzieci, scenariusze, trochę reżyserował i wykładał. Zmarł rok temu na Covid-19…

„Koniec historii” to powieść akcji, z sensacyjną intrygą – w stylu trochę łotrzykowskim, zbliżonym do Ludluma (choć Ludlum to nie jest – żadną miarą!), z umiarkowaną porcją strzelanin, agenturalnych podchodów, rozczulająco-sentymentalnym wątkiem romansowym i jak najbardziej autentyczną polityką w tle. No i jest trochę historii najnowszej, ale bez przesady, bez nachalnej agitacji… Lektura wciąga i zadowala. A główny bohater, podmiot liryczny i narrator, niejaki Juan Belmonte, budzi sympatię bezwarunkowo od początku opowieści. Sepulveda wyposażył go w sporo akcentów autobiograficznych. Belmonte jest byłym: chilijskim bojówkarzem socjalistycznym, członkiem wspomnianej już tu GAP – Grupo de Amigos Personales, czyli ochroniarzy prezydenta Allende, partyzantem nikaraguańskim po przeszkoleniu snajperskim w jednej z radzieckich akademii wojskowych, awanturniczym najemnikiem tu i ówdzie… A przez ostatnie kilkanaście lat, gdy emocje w Chile opadły, żył na uboczu (o co nietrudno – praktycznie całe Chile, wyjąwszy Santiago, Valparaiso oraz kilka innych miast, to ubocze, wręcz zadupie świata…), na pacyficznej wysepce u południowych wybrzeży Chile, opiekując się uratowaną z łap siepaczy pinochetowskiej policji, poważnie poranioną psychicznie i fizycznie dawną towarzyszką walki – Veroniką…

Do samotni Belmonta przeszłość zapukała pod postacią dobrze wyszkolonego młodzieńca z kopertą gotówki i telefonem satelitarnym – Juan usłyszał propozycję nie do odrzucenia. Miał odszukać dwóch podobnych sobie facetów z podziemia, którzy chyba zerwali się ze smyczy rosyjskich służb specjalnych i szykowali awanturkę, która mogła zaszkodzić pięknie rozwijającym się stosunkom chilijsko-rosyjskim… I tak oto rozkręca się intryga z udziałem panów Putina i Miedwiediewa, potomków tzw. Kozaków z Linzu (czyli rosyjskich dysydentów i dezerterów w służbie pomocniczej SS, których Anglicy zdradzili i wydali Stalinowi po wojnie…), ex-hitlerowców z osławionej Kolonii Dignidad, byłych agentów Stasi, KGB i Bóg wie czego jeszcze, dawnych bojowników lewicowej proweniencji z całej Ameryki Łacińskiej oraz ludu pracującego miast i wsi. Ten ostatni oczywiście w roli antycznego chóru, poniekąd komentującego poczynania bohaterów – a w istocie doskonale obojętnego i wymownie milczącego. To taka nowinka narracyjna – milczący chór…

Bieg fabuły i ukręconej przez Sepulvedę intrygi niech pozostanie tajemnicą; mamy przecież umowę, by nie spojlerować. Wypada tylko podkreślić udział sił przyrody – z szczególną rolą zjawisk tektonicznych. Ale w Chile to nic nadzwyczajnego… Lecz przyznać muszę, że nie przepadam w literaturze – jakiejkolwiek by proweniencji ona nie była – za interwencjami typu deus ex machina (wyjąwszy oczywiście te, które zdarzyły się naprawdę…). Wygląda na to, że Sepulveda poszukiwał efektownego zakończenia intrygi, które zadowoliłoby wszystkich i zarazem nie zadowalało nikogo. Kategoryczni moraliści chrześcijańscy, którzy zemstę odrzucają z zasady, będą usatysfakcjonowani, że palec boży uniemożliwił krwawy odwet. Zwolennicy dotkliwej długoterminowej (a nawet bezterminowej) kary odnajdą swój moralny sukces w tym, że sprawca będzie musiał długo żyć ze świadomością swych zbrodni tudzież nieosiągalnego przebaczenia. Zwolennicy proporcjonalnej odpłaty w postaci gwałtownego strzału w łeb… No cóż – ci spróbują jeszcze raz. A milczący chór chilijskiego ludu pracującego miast i wsi? Są rozczarowani, ale dawne czasy jakoś nie wracają. Więc cieszą się drobiazgami – i tym, że w ogóle żyją. Trochę gorzkawa to lektura – ale trudno o inną w Chile… Walka trwa!

Tomasz Sas
(30 04 2021)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *