Silva rerum

11 kwietnia 2021
Kristina Sabaliauskaite 


Silva rerum
Przełożyli Izabela Korybut-Daszkiewicz, Kamil Pecela
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020-2021

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5

Skąd Litwini wracali?

(…) – Z nocnej wracali wycieczki,
wieźli łupy bogate, w zamkach i cerkwiach zdobyte.”
 Adam Mickiewicz, „Konrad Wallenrod”

W poszukiwaniu tożsamości i korzeni do niej pasujących można zajść daleko; niektórzy nawet mniemają, że można i za daleko… Litwinka Kristina Sabaliauskaite (z polskim rodowodem, czego nie ukrywa; Sabaliauskaite to po prostu panna Sobolewska, jak mniemam…) poszła wstecz. Ale nie za daleko, jakby można przypuszczać – nie do popularnej wśród pisarzy (ze względu na rozmach, legendy, symbolikę oraz konsekwencje historyczne) epoki pół-mitycznego Mendoga, Giedymina, braci Olgierda i Kiejstuta czy ich synów – kuzynów Witolda i Jogajły. Nie – Sabaliauskaite cofnęła się „tylko” do drugiej połowy wieku XVII i potem w wiek XVIII. I to po co? W poszukiwaniu mitu założycielskiego? W każdym razie wróciła z tego wypadu z osobliwą materią literacką, w sam raz stosowną do złożenia wielkiej powieści historycznej. Tetralogii (tak zapowiadają wydawcy…) „Silva rerum” – na razie tylko okrojonej do postaci i rozmiaru trylogii, bo na tom ostatni musimy u nas chyba trochę poczekać…

Ale na razie jesteśmy u początków historii… Głównych bohaterów panna Sabaliauskaite przedstawia nam gdzieś tak w lipcu 1659 roku, aczkolwiek wspomina się mimochodem o wcześniejszym (o cztery lata) zdarzeniu, praprzyczynie rozpoczynającej całą tę familijną sagę – czyli dramatycznej ucieczce z Wilna (gdzie pater familias z sukcesami oddawał się służbie, noszącej wszelkie cechy szlacheckiego klientelizmu, na rzecz rodu Radziwiłłów) w trakcie zdobywania miasta oraz nieodzownej w takim przypadku rzezi tudzież pożaru wznieconego przez wojska rosyjskie i kozackie (atamana Zołotareńki) latem 1655 roku. Ten epizod długiej i obfitującej w zmienne wybryki losu wojny polsko-moskiewskiej (1654-1676) wywarł – jak się wydaje – istotny wpływ na historię szlacheckiego rodu Narwojszów ze Żmudzi. Czyli bohaterów sagi panny Sabaliauskaite… Więc jako się rzekło, szlachcic żmudzki i radziwiłłowski klient Jan Maciej Narwojsz z żoną Elżbietą z Siedleszczyńskich oraz bliźniętami Urszulą i Kazimierzem ewakuowali się szczęśliwie, uwożąc z Wilna jednokonnym wozem trochę spakowanych bez ładu i składu ruchomości, a pod powiekami dramatyczne obrazy miasta wydanego na swawolę kozackiej dziczy. Ucieczka i jej koszmarne okoliczności nie przysłużyły się pani Urszuli, albowiem w drodze poroniła… Ale wszyscy jakoś dotarli do Milkont – rodzinnego majątku w żmudzkich puszczach, daleko od głównych traktów Historii (pewnie gdzieś pod kurlandzko-inflancką granicą…). I tam postanowili odbudować swe życie…

Jeśli myślicie, że potoczyło się wedle znanej recepty, zaczynającej się od słów: „Był na Żmudzi ród możny Billewiczów, od Mendoga się wywodzący, wielce skoligacony i w całem Rosieńskiem nad wszystkie inne szanowany…” – to mylicie się srodze. Żadnych takich… Żadnego Sienkiewicza i jego patriotycznych uniesień, żadnej batalistyki, wielkich słów, wielkich czynów, wielkich łajdactw. Żadnego robienia szablą, pustych gestów i miodu spijanego garncami. A przecież okazja ku temu była – w końcu to rok 1655… Latem armia szwedzka z Pomorza przekroczyła granicę polską pod Ujściem, a wczesną jesienią wojewoda wileński i hetman wielki litewski Janusz Radziwiłł poddał swe ziemie i siebie protekcji króla Szwecji. Zaczął się Potop… To czas, gdy każdy szlachcic w Rzeczypospolitej Obojga Narodów albo musiał, albo chciał się opowiedzieć de re publicis (liczni nawet to opowiedzenie parokrotnie zmieniali…), biorąc szablę w dłoń. Każdy – tylko nie Jan Maciej Narwojsz. On obstawał za swą małą ojczyzną-ojcowizną w Milkontach i cały ten czas (przypomnijmy: wojna ze Szwedami, Węgrami, Moskwą cara Aleksego Romanowa i ruchawki nieustające na Ukrainie plus oczywiście chanat tatarski…) zajmował się… ogrodnictwem – wykarczował las od frontu dworu do brzegu jeziora, sprowadzał zewsząd rzadkie rośliny (m.in. nasionka Nicotiana tabacum), a nawet delikatne drzewko granatu… Taki to z niego był patriota! Małżonka w tym czasie odnawiała dwór wedle tamtoczesnych mód wnętrzarskich, co kosztowało jeszcze więcej niż inżynieria krajobrazowa pana domu, ale co tam! Grunt, że Narwojszowie odnaleźli i zapuszczali korzenie…

Innym, całkiem innym spojrzeniem zaszczyciła panna Sabaliauskaite ten fragment dziejów polsko-litewskich. Ze swego bohatera uczyniła outsidera, świadomie wybierającego bytowanie poza Historią, w myśl porzekadła – moja chata z kraja… Wątpliwe jest oczywiście, że rajtarzy Pontusa de la Gardie, okrutnego szwedzkiego gubernatora Żmudzi, tak sami z siebie oszczędzili dobra milkonckie przed „potopowymi” wojennymi rekwizycjami; w tej sprawie nie mógł pomóc nawet glejt stronnika radziwiłłowskiego. To musiało kosztować – nie tylko gotowizny, ale i co nieco reputacji patriotycznej. Tak, Sabaliauskaite niewątpliwie wykreowała nowy typ bohatera tamtych czasów i tamtych terytoriów – szlachcica wykształconego (Kochanowskiego i Górnickiego nawet czytał…), obytego i bywałego, który umiał zadbać o materialne fundamenty egzystencji rodu, dobrego ekonoma na cudzym i jeszcze lepszego gospodarza na swoim. A na dodatek takiego, który umiał wybrać patrona: bycie klientem Radziwiłłów to znacznie lepszy pomysł na dostatnie życie z perspektywami niż wiszenie u klamki Sapiehów, Tyszkiewiczów, Paców czy Połubińskich.

Oczywiście – można podnieść wątpliwość, czy w drugiej połowie XVII wieku ktoś taki w ogóle mógł rzeczywiście istnieć na Litwie. Ale to wątpliwość w tym przypadku bez sensu. Przecież to kreacja literacka, fikcja historycznej powieści. Więc nic nie stoi na przeszkodzie, by kogoś takiego powołać do życia. A zabieg uprawniony tym bardziej, że nie naszych serc patriotyczne porywy opiewać ma. Powieść Sabaliauskaite, choć klasą i kalibrem mieści się w europejskim zasobie kulturowym, przede wszystkim jest litewska, w litewskim języku oryginalnie napisana. Więc miar polonocentrycznych do niej nie przykładajmy. To jest historia litewska, z mocy wyroków Historii przez kilka stuleci tożsama z historią polską, ale przecież nie całkiem identyczna – choć to bardziej kwestia przekonań, przypuszczeń, chęci i intuicji niż faktów. W tym sensie ród Narwojszów ma znaczenie prototypowe – to przodkowie genetyczni i mentalni współczesnych mieszkańców Litwy; ludzie tutejsi – krwią i kośćmi osadzeni w żmudzkim czy auksztockim terroir, nieskorzy do wędrówki, a polskie imponderabilia od czasów unii (mam tu na myśl Unię Lubelską) traktujący raczej użytkowo i konformistycznie. To proste: edukacja polsko-łacińska była warunkiem nie tylko przetrwania, ale niezakłóconego, pomyślnego funkcjonowania w obiegu politycznym, społecznym, gospodarczym. Nie sposób jednak mówić o powszechnej akceptacji systemu wartości, identyfikacji narodowej (w wieku siedemnastym? – to jeszcze troszkę za wcześnie…). Ta swojskość, tutejszość bohaterów wykreowanych przez Sabaliauskaite też nie była jeszcze ukształtowana, nie była zdefiniowana – ledwie ją przeczuwano, ale powoli nabierała wartości, choć wciąż nie była ceną, którą warto byłoby zapłacić w razie czego… Ale ta z wolna kształtująca się osobność (jeszcze nie litewska) niepostrzeżenie stawała się znakiem rozpoznawczym.

Bo akurat mamy rok 1666 – w dziejach Rzeczypospolitej Obojga Narodów dość tragiczny i przełomowy: oto ostatecznie niweczą się królewskie plany modernizacji, naprawy ustroju państwa, rokosz Lubomirskiego pustoszy kraj, a w bratobójczej bitwie pod Mątwami rebelianci bezsensownie i krwawo mordują kilka tysięcy weteranów, doświadczonych żołnierzy obu komputów; niebawem boleśnie ich zabraknie na frontach moskiewskim i tureckim. A co w tymże roku zaprząta Narwojszów? Najpierw wielki bał zapustny dla całej okolicy – taki, o którym mówić się będzie z podziwem przez lata całe. Potem wyprawa do Wilna… Oto bowiem córeczka Narwojszów, siedemnastoletnia Urszula, powodowana pychą i – co tu ukrywać – dziewczęcą głupotą – umyśliła sobie, że zostanie ni mniej ni więcej, tylko świętą, do czego najpewniejsza droga wiodła przez nowicjat w którymś z wileńskich klasztorów, najlepiej bogatym, prestiżowym, czyli u benedyktynek. Rodzice się zgodzili, choć kaprys panienki okazał się ekonomicznie kosztownym przedsięwzięciem. (Zresztą opis peregrynacji po klasztorach w poszukiwaniu przystani dla nowicjuszki to jeden z lepiej napisanych epizodów całej „Silvy rerum” – wszystkich trzech dotąd wydanych tomów; lekturę których szczerze i z admiracją dla talentów autorki polecam…).

Ale na tym poprzestańmy w dziele przywoływania epizodów z dziejów paru pokoleń Narwojszów. Niech czytelnicy mają satysfakcję z samodzielnego dopasowywania historii „tamtejszego” szlacheckiego rodu do historii powszechnej. Łatwe to nie jest, czego starałem się podczas egzegezy kilku wstępnych „fragmentów” dziejów Narwojszów dowieść. Na szczęście w miarę postępowania zdarzeń po osi czasu jest nieco łatwiej, bowiem autorka używa osobliwego chwytu formalnego, robiąc skrótowe „pasaże” historii z lotu ptaka – dosłownie: tak jakby zdarzenia i ludzi oglądał wróbel albo kawka jakaś. I to jest właśnie najlepsze w całej robocie Sabaliauskaite – ta zmienność płaszczyzn widzenia – gdzie racjonalne staje na równi z metafizycznym, gdzie okrucieństwo ludzkie mierzy się z szaleństwem kabalistycznych wróżb, gdzie szaleństwo ściga się z pożądaniem, miłość z wyrachowaniem, rozum tonie w skrwawionym błocku traktów, a mistyczne wizje padają pod ciężarem utraty wiary… Świat bohaterów Sabaliauskaite trzyma się na cienkim ściegu ptasiego lotu. Dlatego jest piękny…

A jeśli doczytacie „Silvę rerum” do tomu trzeciego, weźmiecie do ręki jeden z lepszych tekstów tzw. prozy historycznej, jaki ostatnimi laty powstał w Europie. W istocie rzecz dotyczy udziału członka kolejnego pokolenia Narwojszów – Piotra Antoniego Narwojsza, zaufanego funkcjonariusza dworu księcia wojewody wileńskiego i hetmana wielkiego litewskiego Michała Kazimierza Radziwiłła, zwanego Rybeńko, w misternej intrydze ubezwłasnowolnienia członka familii radziwiłłowskiej – księcia krajczego Marcina Michała; on-ci bowiem – oprócz niewątpliwych przymiotów niepospolitego intelektu – zdradzał niezdrowe zainteresowanie herezjami, z zapałem studiował judaizm (czyżby zamierzał przekonwertować się na Żyda?), no i w ogóle życie prowadził rozwiązłe, a nawet gorszące. Przeto pozostali Radziwiłłowie uzyskali od króla Augusta III Sasa dekret o przymusowej kurateli, a pan Narwojsz czynny wziął udział w jego wyegzekwowaniu…

Ten prosty prawno-obyczajowy skrypt mojego autorstwa, z konieczności schematyczny i dalece niedoskonały, pod piórem (raczej klawiaturą…) Sabaliauskaite wyrasta w barokową opowieść, pełną tajemnic, emocji, żądz, seksu i innych namiętności, pełną magii, zdarzeń transcendentalnych i ludzkich popędów, złudzeń i dewiacji… Jest coś zdumiewającego w potędze jej umiejętności opowiadania. O ile taki na przykład Arturo Perez-Reverte czy Robert Harris potrafią mistrzowsko snuć historyczną intrygę przygodową, awanturniczo-kryminalną, o tyle Sabaliauskaite przerasta ich misterną grą imaginacji, tworząc obrazy wprost niemożliwe do pomyślenia. Nigdy nie uskarżałem się na niedostatek wyobraźni, ale niektóre pomysły panny Krystyny wpędzają mnie w kompleks deficytu imaginacji. Spróbujcie na przykład uzmysłowić sobie widok gołego do cna rosyjskiego pułkownika Fomina, który po owocnej sesji w bani, z obowiązkowym chłostaniem brzozowymi wiechciami, wskakuje w śnieżną zaspę, pierdząc przy tym koncertowo… Może obraz ten niewiele ma wspólnego z wyprawą po tropach litewskiej tożsamości, którą tu rekomendowałem, ale filmowej zaiste sugestywności odmówić mu nie można…

Tak, tak – lektura „Silvy rerum”, choć łatwa nie jest – prowadzi w świat pobieżnie nam dotąd znany (jeśli w ogóle znany…), gdzie słowo „Polska” i w ogóle pojęcie „polskości” odmierza się w sposób oszczędnie homeopatyczny – aby, aby. No, szok po prostu… Ale droga to uprawniona i ważna – ba, bezcenna poznawczo. Litwini już po niej przeszli – tam i z powrotem. Teraz czas na nas.

Tomasz Sas
(11 04 2021)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *