Jack Weatherford
Czyngis Chan
Przełożyła Dorota Kozińska
Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2026
Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 4/5
Imperium rządzone z siodła i pod buńczukiem
Widok z okien wagonów kolei transsyberyjskiej (po opuszczeniu strefy Bajkału) na odcinku z Ułan-Ude do Czyty i dalej ku Birobidżanowi należy do najmniej ekscytujących na świecie – dwa dni przez pusty, prawie bezleśny step (całe szczęście, że nie wyłącznie płaski jak stół; górki nawet spore i miłe dla oka tu i ówdzie się trafiają…). Czasem po drodze (raczej umownej) obok toru telepie się stara buchanka, wzniecając tumany kurzu, czasem człapie jeździec na koniu, w kazionnej kufajce i czapie ze zwisającym szpicem – to miejscowy Buriat podąża gdzieś, za swoimi sprawami… Co pięćdziesiąt wiorst mniej więcej stacyjka-mijanka, podobna do poprzedniej (i następnej), okolona fantazyjnym złomowiskiem żelaznych resztek po gospodarce planowej komunistycznego raju. Czasem rzeczka bystra się trafi, płynąca szparko na północ. Ale w sumie – pa dikim stiepiam Zabajkalja…
Kilkaset (góra trzysta…) kilometrów na południe od tej drogi, w okolicznościach przyrody w zasadzie identycznych, tyle że już za granicami krainy buriackiej, w Mongolii, w miejscu między rzeką Onon a rzeką Kerulen– w stepie takim samym, jak ten zabajkalski – w roku 1162 (prawdopodobnie, nie na pewno…), czyli Roku Konia, stała jurta, gdzie wiosną niejaka Hoelun, branka z plemienia Olchunutów, porwana przez niejakiego Jesugeja – Mongoła z klanu Bordżyginów – urodziła syna. Ojciec nadał mu imię Temudżyn. Malec, gdy wyszedł na ten świat, trzymał coś w zaciśniętej piąstce. Mama z trudem otworzyła mu dłoń i okazało się, że chłopczyk ściska spory skrzep krwi; biegli w odczytywaniu wróżb, znaków i symboli orzekli, że Temudżyna czeka niekonwencjonalna przyszłość – nawet jak na wojownika, a może wodza – ale co konkretnie, nikt jakoś nie ważył się zwerbalizować przeczuć…
To wszystko (i wiele więcej) można było już od 1970 roku wyczytać po polsku (com-ci też dawno uczynił), bowiem ukazała się na rynku (z tym, że w księgarniach raczej spod lady) wydana w Państwowym Instytucie Wydawniczym – luksusowo i elegancko, w nietypowym formacie (pionowym, jak rękopisy ksiąg ludów turkoałtajskich) „Tajna historia Mongołów” (brawurowo przełożona i skomentowana przez profesora Stanisława Kałużyńskiego) – anonimowe acz fundamentalne dzieło kronikarskie z XIII wieku, konstytuujące całą historyczną tożsamość ludów Mongolii, ich imperialne tradycje i wkład w dzieje globalnej cywilizacji. Jest tego sporo i jest co studiować.
Wróćmy zatem do Temudżyna. Jak każdy mężczyzna urodzony w stepie, miał proste przeznaczenie: wędrować ze stadami koni i owiec tudzież innego bydła (może jaków?) w poszukiwaniu świeżych pastwisk, miał polować na wszystko, co żyło w okolicy, by zdobyć futra, mięso i skóry, ale przede wszystkim miał walczyć. Zaludniające stepy plemiona i klany koczownicze etnicznie i językowo zbytnio zróżnicowane nie były, ale interesy mieli wszyscy kolizyjne – terytoria pod pastwiska, ograniczone zasoby wszelakiego gatunku; brakowało też kobiet (przynajmniej niektórym plemionom) – a tylko stosowna populacja kobiet gwarantowała szanse rozwoju i dominacji. Problemy rozwiązywano przez zbójeckie wypady na sąsiadów, z którym akurat nie było rozejmu. Rabowano wszelaki majątek ruchomy, porywano kobiety w celach rozrodczych, a dzieci i młodzież w niewolę – do pracy albo na sprzedaż. Tak to funkcjonowało – przez wieki i pokolenia – aż do epoki Temudżyna…
Innymi słowy: plemię lub klan wystawiało do boju lub innych typowo męskich zajęć stepowych watahę – od kilkunastu do kilkudziesięciu wojowników – jeźdźców. Słowo jeździec ma tu kluczowe znaczenie. Mongolski wojownik bowiem to człowiek + koń; mongolska taktyka, wiedza operacyjna i strategia działań militarnych w ogóle nie przewidywała użycia komponentu pieszego. Owszem, w sytuacji, gdy oblegano miasta na przykład, żołnierze i całe armie potrafili walczyć spieszeni, a nawet używać wyrafinowanych (zapożyczonych od Chińczyków i Dżurdżenów) machin oblężniczych. Nie ciągnęli ich jednak ze sobą – budowali na miejscu. Ale co do zasady – żadnej piechoty! Statystycznie jeden mongolski wojownik miał do dyspozycji co najmniej trzy wierzchowce albo i ze cztery… I co więcej – żadnych zaprzęgów, taborów, zapasów, wozów. Armia była w całości mobilna tak, jak każdy z jej wojowników – a żywiła się tylko tym, co znalazła po drodze. Owszem, taki modus operandi narzucał pewne ograniczenia funkcjonalne. W pole wyruszano dopiero, gdy zazieleniła się świeża ruń wiosennych traw (by konie miały co jeść), ale tę strategiczną niedogodność rekompensowała manewrowa ruchliwość wojowników i tempo przemarszów – Mongołowie w zasadzie bywali szybciej u celu, niż wieści o ich pochodach docierały do zainteresowanych… Dlatego wiosną pilnie nasłuchiwano, co się dzieje w stronie mongolskich stepów.
Bo mógł przyjechać zbrojny człowiek na koniu… Albo stu. Albo dziesięć tysięcy – nie wiadomo (ale to już później – na razie jesteśmy w końcówce epoki przed-Temudżynowej). No właśnie – jeździec był zbrojny. Czyli wyposażony w jakieś śmiercionośne narzędzie. W przypadku ludów azjatyckiego stepu taką bronią był łuk – urządzenie złożone z łęczyska czyli drzewca – choć nie zawsze było drewniane – (z uchwytem, tzw. majdanem) i cięciwy, miotające pociski-strzały z siłą wygenerowaną dzięki ręcznemu napięciu obu części składowych, które (puszczone nagle) wyrzucało strzałę, szybko oddając energię napięcia podczas powrotu do pozycji spoczynkowej urządzenia. Łuk to temat na osobne opowiadanie – na nasze potrzeby niech wystarczy konstatacja, iż łuk mongolski – to na ogół tzw. łuk refleksyjny, kompozytowy (klejony z drewna, rogu, skóry i ścięgien zwierzęcych), stosunkowo niewielkich rozmiarów, co umożliwiało strzelanie z końskiego grzbietu. Oprócz łuku w walce stosowano też włócznie wielokrotnego użytku lub jednorazowe oszczepy. Broń biała sieczna (bułaty albo długie zakrzywione noże) była też używana, ale w zasadzie nie uprawiano nią szermierki w klasycznym rozumieniu – mongolski wojownik wprawiał się raczej w rżnięciu przeciwnika: pruciu bebechów czy dekapitacji.
W epoce przed-Temudżynowej nomadycznymi Mongołami mało kto się w centralnej Azji przejmował. Ot, siedzieli w swoich stepach i zajmowali się swoimi sprawami, prowadząc nieustanne wojenki (w stylu: wypad na pole namiotowe przeciwnika, z triumfalnym obaleniem i sfajczeniem paru jurt tudzież wzięciem w jasyr kobiet) wszystkich ze wszystkimi – tyle że na małą skalę. Gdy zebrało się w jednej watasze ze stu jeźdźców pod bronią, kronikarze uznawali ten fakt za doniosły na tyle, by poświęcić mu poczesne miejsce w swych zapiskach. Lecz w rezultacie tej wewnątrzstepowej ruchawki klanów i plemion, Mongołów nikt na serio się nie bał – ani Ujgurzy, ani wspomniani już Dżurdżeni (przodkowie dzisiejszych Mandżurów), ani żyjący na południe od pustyni Gobi Tanguci, ani syberyjscy Buriaci czy Jakuci, ani ałtajscy Najmanowie, ani Tybetańczycy – ani tym bardziej Chińczycy na Wschodzie lub bliscy (i wciąż potężni) spadkobiercy monarchii perskich na Zachodzie – że o transhimalajskich Hindusach nie wspomnimy…
Co takiego zatem się stało, że niespełna czterdzieści lat po narodzinach Temudżyna w stepach Mongolii zmieniło się praktycznie wszystko, co się mogło i powinno zmienić – oprócz zrębów tradycji i wiary w bóstwo Wiecznego Błękitnego Nieba? Przede wszystkim stał się sam Temudżyn – osobowość niezwykła, daleko i wysoko wyrastająca ponad partykularne sprawy i sprawki stepowych klanów. Jego waga i znaczenie dla cywilizacji homo sapiens są takie same mniej więcej jak istnienie Mojżesza (jeśli takowy był postacią historyczną), Aleksandra Macedońskiego, Juliusza Cezara, Karola Wielkiego, Napoleona Bonaparte oraz – nolens volens – Włodzimierza L. i Adolfa H. Tego ostatniego zresztą możemy z wyliczanki wykluczyć, bo jednak rozmiarowo i charakterologicznie bardzo odbiegał (in minus) od reszty wymienionych tu osobowości…
Natomiast Temudżyn… Weatherford bardzo szczegółowo relacjonuje okoliczności i zdarzenia, które przywiodły skromnego (lecz genialnego ponad współczesną mu ludzką miarę) wojownika do władzy nad dostępnym wtedy światem. Amerykański podróżnik i badacz – etnograf i antropolog kultury – z pewną taką łatwością poradził sobie z tym opisem, bowiem miał do dyspozycji tekst „Tajnej historii Mongołów” – dzieła kompetentnego, wnikliwego, ponad wszelką wątpliwość szczerego i drobiazgowego. Czy wszakże prawdziwego? Cóż – wypada założyć, że tak. Oczywiście po odcedzeniu imperialnej propagandy, polityki historycznej i tej właściwej wszystkim oficjalnym i półoficjalnym anonimowym kronikarzom przesady w opisywaniu czynów, gestów i słów; osobliwie wobec liczb, przytaczanych w kronikach zachować należy daleko idącą ostrożność i wstrzemięźliwość. Zatem gdy czytacie o milionie ofiar mongolskiej furii, wyrżniętych po wojennej klęsce, przyjmijcie, że było ich raczej około dziesięciu tysięcy. Zresztą tego rozmiaru różnice kwantyfikacyjne potwierdzają badania archeologiczne…
W ujęciu „Tajnej historii…” i w ślad za nią – Weatherforda, kariera stepowego watażki Temudżyna jawi się jako osobliwy, kolorowy, awanturniczy i trochę niesamowity splot wydarzeń, co do sensu których los wypowiedział się od początku, tak wyraźnie (a zarazem niekonkretnie) determinując przeznaczenie (pamiętacie skrzep krwi zaciśnięty w dłoni noworodka?) młodego Mongoła ku wielkości. Nieustające pasmo wojen i dyplomatycznych korowodów, gdzie sojusze pieczętowano małżeństwami, a zdrady karano wycinaniem winnych w pień, doprowadziło do sytuacji, gdy mongolskie władztwo – w miarę jednolitego narodu – rozciągało się między pasmem Ałtaju a Mandżurią, między pustyniami Gobi i Takla Makan a Syberią. No cóż – przeznaczenie przeznaczeniem, wyrocznia wyrocznią – ale to Temudżyn wydatnie pomógł swemu losowi zapisanemu w księgach Wiecznego Błękitnego Nieba. Wykorzystywał każdą okazję i szansę, stawał odważnie i bezkompromisowo do walki, gdy już nie dało się inaczej. Nie czekał biernie na los, raczej wychodził mu naprzeciw…
W roku 1206 Temudżyn miał już niemal wszystkie atuty w ręku – całą Mongolię pod swym zwierzchnictwem, a liczne jej plemiona niemalże ujednolicone, tworzące zręby nowoczesnego wielkiego narodu, zorganizowanego w wielką armię. Owszem, jednego nie mieli: brakowało im zasobów materialnych, by z tej potęgi się cieszyć. Ale wiedzieli, jak sytuację poprawić. Mieli narzędzia: łuk, konia i dyscyplinę taktyczną. Toteż na rodzinnym stepie, u podnóża świętej góry Burkan Kałdun wódz zwołał wielki kurułtaj, czyli wiec narodowej starszyzny – organ najwyższej władzy, wyposażony w zdolność stanowienia praw i wybierania Chana – najwyższego szefa wszystkich szefów. Entuzjastyczne proklamowanie wyboru wodza zbiegło się z przybraniem przez niego nowego miana: Czyngis czyli po mongolsku tyle, co „pewny” (w sensie, że można było na nim polegać) albo „nieustraszony”. Językowo miało to też coś wspólnego z wilkiem… I tak oto swoją historię zaczął pisać Czyngis (w innej wersji transliteracji Dżyngis) Chan…
Jak to się stało, że pięćdziesiąt lat później członkowie dynastii założonej przez mongolskiego chana (zwłaszcza jego wnuki – wnuki mu się udały, choćby taki Batu Chan czy Kubilaj!) władali największym imperium (dopiero wiktoriańska Wielka Brytania dorównała mu, ale tylko terytorialnie…) w dziejach planety? Od Moskwy i Kijowa do wietnamskiego miasta Hue – od Bagdadu i Damaszku do Pekinu; innymi słowy: od Odry po Mekong – zresztą popatrzcie na mapę… To dobre pytanie – bodaj czy nie najważniejsze w dziejach cywilizacji homo sapiens… Jak oni to zrobili – ci prości jeźdźcy z chłodnego azjatyckiego stepu? Dzisiaj powoli zbliżamy się do odpowiedzi – Weatherford ją przybliża, kładąc akcent na cnoty zbiorowego życia publicznego – dyscyplinę, niezawodną organizację, ruchliwość i otwartość na innowacje tudzież zaczerpniętą z Chin kulturę administrowania (plus własne pomysły w tej mierze, adaptowane z obszaru… gospodarki pasterskiej). Wszystko to prawda – wszelako godzi się do tego pakietu sukcesu dodać pewne osobliwości mongolskiego charakteru narodowego (jeśli takowy w ogóle istnieje) – czyli wspólnotowość górującą nad egoizmem (wspólnotowość totalna była w stepie warunkiem przeżycia), ciekawość owocującą korzystną wymianą idei i dóbr tudzież zbiorową cierpliwość i brak skłonności do pustych gestów. Zastanawiam się, komu dziś zadedykować tę mongolską way of life?
Tomasz Sas
(28 02 2026)

Brak komentarzy