Kłamstwo smoleńskie?

7 lipca 2022

Maciej Lasek, Grzegorz Rzeczkowski 


Kłamstwo smoleńskie?
Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2022

Rekomendacja: 5/7
Ocena okładki: 2/5

Prawda nie obroniła się sama…

Na Macieja Laska zwróciłem baczniejszą (niż to zazwyczaj czynię wobec „gadających głów” w telewizorze…) uwagę, gdy w jakiejś rozmowie na ekranie – zapewne w TVN – powtórzył, po wyczerpaniu całego argumentarium przeciw tezom oszołomów i cynicznych graczy o smoleńskim zamachu, sławne słowa Marcina Lutra. – Tu stoję, inaczej nie mogę – odrzekł wielki reformator, poproszony przez cesarza Karola V w 1521 roku na sejmie Rzeszy w Wormacji, by odwołał swoje nauczanie. No i nie odwołał… Bardzo to było emocjonalne, ekstremalne oświadczenie – i tamto Lutra, i to Laska – choć przecież nieporównywalne. Tamto dotykało kwestii fundamentalnej, transcendentalnej, bo reformy definiującej na nowo zasady wiary w Boga i ewangeliczny porządek wspólnoty odmienionego kościoła. To – tylko przyczyn katastrofy lotniczej, samej w sobie dość banalnej (bo bez ingerencji sił przyrody – a z technicznego punktu widzenia bezusterkowej, składającej się wyłącznie z sumy wielu błędów ludzkich), podobnej do wielu innych. Fakt, że Maciej Lasek zdecydował się przywołać tego rodzaju ultima ratio, jak respons Lutra, przesądził, że uznałem go za człowieka jednoznacznie wiarygodnego i prawego. Tylko pewny swego profesjonalista, uzbrojony w wiedzę i wiarę, że wiedza ta jest prawdziwa, gotów jest w ten sposób zamanifestować swą odpowiedzialność za własne rozumowanie i wnioski.

Od samego początku śledztwa i innych rozważań o przyczynach katastrofy lotniczej w Smoleńsku byłem i jestem głęboko przekonany (a w zasadzie pewien), że mieliśmy do czynienia z wypadkiem lotniczym – ze względu na rozmiary i konsekwencje (w tym liczbę ofiar) zaliczanym właściwie do kategorii katastrof w ruchu powietrznym. Specjaliści badający to zdarzenie ustalili, że wśród przyczyn katastrofy nie ma ani awarii systemów i zespołów urządzeń, ani uszkodzeń części lub jakichkolwiek innych elementów składowych statku powietrznego. Dosłownie nic, praktycznie ani jedna śrubka, rurka, kabelek, bezpiecznik, przekładnia, napęd, cięgno, trymer, wskaźnik, zegar… Wszystko działało zgodnie z przeznaczeniem i wedle instrukcji. Wszystko do końca było sprawne – silniki, elementy nośne, usterzenie, hydraulika, przyrządy pomiarowe i nawigacyjne, elektryczność i elektronika. Z katalogu przyczyn katastrofy należy też wykluczyć działanie sił natury; nawet ta osławiona smoleńska mgła nie mogła być bezpośrednim czynnikiem sprawczym katastrofy. Tak się bowiem składa, że procedury „przeciwmgielne” i cały sposób postępowania w razie napotkania w locie niekorzystnych warunków i nagłych zjawisk atmosferycznych – wszystko jest dokładnie opisane w instrukcjach latania. A w sytuacji, gdy nie ma się wystarczająco sprawnych i zaufanych narzędzi oraz naziemnych struktur organizacyjnych umożliwiających bezpieczne latanie bez widoczności ziemi, instrukcje owe kategorycznie nakazują odejście na lotnisko zapasowe, awaryjne lub w ogóle rezygnację z latania o tym czasie…

Innej drogi nie ma. Dobra praktyka lotnicza staje po stronie rutyny, instrukcji, wyćwiczonych w symulatorach odruchów. I warto się jej trzymać, bo wszystko co wiemy o lataniu, zostało zapisane krwią i to nie jest żaden emocjonalny slogan ni frazes, ale najczystsza, najoczywistsza prawda. Pewnie – dobra praktyka lotnicza znajduje trochę miejsca dla odstępstw od oczywistych zasad, dla odrobiny improwizacji – ale to wąziutka ścieżka, dostępna tylko w stanach wyższej konieczności dla prawdziwych mistrzów, obdarzonych iskrą bożą, instynktem latania, ale zarazem pełnych pokory wobec sił natury oraz pełnych wiedzy o lataniu, po krawędź pojemności mózgu i ducha. Dalece nie każdy „mistrz”, który myśli i mówi o sobie, że jest mistrzem – jest mistrzem. Naprawdę… Rozpowszechniony i często powielany pogląd, że „nasi” to nawet na wrotach od stodoły… – to głupota (dodajmy, że zbrodnicza). Bo nie polecą – ani wrota, ani oni, ani razem. Żaden nie poleci. Na lotniskach całego świata stoją setki tysięcy gotowych do lotu statków powietrznych – od szybowców i motolotni po pasażerskie olbrzymy i naddźwiękowe myśliwce najnowszych generacji; naprawdę bardzo niewiele z nich ma właściwości wybaczania błędów i tolerowania nieuctwa ludzi, którzy zasiądą za ich sterami. Większość latających aparatów nie zna litości. Łagodne przyziemienie to rzadki traf i najniższy wymiar kary. Na ogół kończy się odegraniem marsza żałobnego. Miałem to w rodzinie, więc wiem.

Poza błędami ludzkimi – całym łańcuchem przyczynowym błędów człowieka – specjaliści zajmujący się badaniem wypadków lotniczych nie stwierdzili innych czynników wywołania katastrofy w Smoleńsku. Maciej Lasek w rozmowie z Grzegorzem Rzeczkowskim wylicza je wszystkie, szczegółowo analizuje i komentuje. Przeto nie będę niczego powtarzał – lektura tego fragmentu „Kłamstwa smoleńskiego?” jest wystarczająco porażająca, wstrząsająca i dramatyczna. No i wydaje się, że przyjęty przez komisję i zaprezentowany przez doktora Laska tok rozumowania, odtwarzającego przebieg zdarzeń i ich przyczyny, jest bez zarzutu. W każdym razie nikt dotąd nie przedstawił kontrwywodu, zbudowanego z tych samych bezspornych faktów, lecz prowadzącego do odmiennych konkluzji. Logika jest bowiem nieubłaganie ścisłą nauką – nie pozostawia dość miejsca na oboczności interpretacyjne podczas wielokrotnego analizowania łańcucha tych samych przyczyn i ich skutków – nawet gdy pracę tę wykonują inne, różne i różnorodne zespoły ludzkie. Zasady stosowania logiki są bowiem jednoznaczne i obiektywne. Z reguły wygląda to tak, że jedna, jednorodna przyczyna wywołać może jeden i tylko jeden spodziewany skutek. Gdy widać, że skutków jest lub mogło być więcej, należy wrócić do badania przyczyn; być może nie są tak jednorodne, jak się wydawało, może należy je podzielić… No i logika sama w sobie też jest tylko jedna.

Komisja, legalnie i oficjalnie badająca katastrofę smoleńską, zgromadziła najlepszych krajowych specjalistów lotniczych (w tym oczywiście „wypadkowców”) – w połowie z wojskowych sił powietrznych, w połowie z fachowców z awiacji cywilnej. Komisja użyła najlepszych i najnowszych narzędzi badawczych z arsenału techniki kryminalistycznej i badań laboratoryjnych tudzież technik eksperymentalnych z różnych dziedzin wiedzy inżynierskiej, komisja miała dostęp do dokumentów, opisów procedur i raportów (istniejących po stronie polskiej; z rosyjskimi już tak prosto nie było…). Słuchała bez ograniczeń świadków i przywołanych ekspertów. Procedowała swobodnie, w sensie ścisłym autonomicznie i badała równie swobodnie wszystko, co uznała za potrzebne do wyjaśnienia sprawy. Każdy wniosek formułowała ostatecznie i na piśmie dopiero wtedy, gdy z jego treścią zgodzili się wszyscy biorący udział w jego opracowaniu. Innymi słowy: badająca katastrofę komisja pracowała wedle najlepszej dostępnej wiedzy, najlepszych technik zbierania i opracowywania informacji, bez uprzedzeń, wstępnych politycznych hipotez i nacisków zewnętrznych.

Komisja badania wypadków lotniczych, powołana do zbadania przyczyn katastrofy w Smoleńsku, dla uproszczenia kolokwialnie zwana komisją Millera, popełniła tylko jeden błąd. Ale za to gruby… Istota tego błędu zawiera się w dwóch słowach – Antoni Macierewicz… No i w zasadzie ludziom śledzącym sprawy smoleńskie i nieco zorientowanym w stanie wiedzy o tym zdarzeniu nic więcej mówić nie potrzeba. Ale jeśli można co nieco w tej kwestii dodać, to błąd w zasadzie polegał na tym, że legalni badacze zdarzeń lotniczych nie docenili realnego znaczenia (ani ciężaru…) okoliczności, w których osoba o wspomnianym tu imieniu i nazwisku zaczęła się pojawiać w obszarze spraw publicznych i w kontekście katastrofy smoleńskiej.

Niewielu z nas pamięta,że wspomniany pan (wymienianie go z imienia i nazwiska, bądź w innej formie osobowej, wywołuje u mnie ból fizyczny i odruch womitalny) w czasie katastrofy był na miejscu; przybył do Katynia „rzutem kołowym” (a ściślej: chyba kolejowym), by swym zwyczajem (lepszy od niego w tej konkurencji jest tylko Rychu Czarnecki) wkręcić się w pobliże głównych celebransów planowanej uroczystości, w celu uzyskania satysfakcjonującej obecności w telewizyjnych kadrach… Ale gdy doszła wieść o katastrofie, nie pofatygował się na miejsce (później tłumaczył, że to z obawy przed prowokacją ruskich służb), tylko zjadł obiad (zamówiony i zapłacony; a co – miał się zmarnować?) i extrapocztą wrócił do Warszawy, gdzie – korzystając z kilkunastogodzinnego chaosu na wyższych i niższych szczeblach decyzyjnych, prawem kaduka wywiózł z magazynów prezydenckiej kancelarii ciężarówkę tajnych dokumentów i innych archiwaliów, związanych z procesem likwidacji WSI (któremu to procesowi sam zresztą przewodniczył). Po zabezpieczeniu sobie tyłów rześko i energicznie zameldował się do dyspozycji w najbliższym otoczeniu Prezesa. Pomysł, by cynicznie i brutalnie zbudować wokół katastrofy hipotezę zamachu i spisku, teorię przechodzącą w oczywistą oczywistość, czyli pewnik alla’ polacca, być może zrodził się w jego głowie – a jeśli nawet nie, to z jego umysłu (osobliwego nad wyraz i nieodwracalnie, o czym wiele osób jest twardo przekonanych…) niewątpliwie pochodzą wszelkie impulsy, które smoleńskiemu kłamstwu nadały obraz taki, jaki ma ono dziś…

Nie mam oczywiście zamiaru przypominać ani rekapitulować rudymentarnych tez i założeń teorii zamachu, będącej osią smoleńskiego kłamstwa, nie chcę nawet wspominać blagierskich elukubracji Antoniego i trzódki jego – zwłaszcza tych sygnalizujących posiadanie i prędkie objawienie niezbitych dowodów zamachu. I tak regularnie przez wiele lat, na koszt podatnika. A gdy wreszcie nasz demiurg, przymuszony przez mocodawców, potrzebujących mieć zupełnie aktualny, ale dość słabo powiązany z rzeczywistością (lecz skądinąd pilny) interes polityczny w podkręceniu teorii zamachu, womituje z wątpi stek bzdurnych tez i przypuszczeń, zwany ambitnie i mocno na wyrost „raportem”. A jego główną tezę, oś niejako, funduje na osobliwej spekulacji umysłowej. Skoro dziś ten wredny zbrodniarz Putin napada na Ukrainę i liczne popełnia zbrodnie ludobójstwa, to przecież dwanaście lat temu mógł zabić nam prezydenta! Rozumowaniu temu nic zarzucić nie można – poza tym, że twardych (ani miękkich) dowodów wciąż brak. Po dwunastu latach grupa trzymająca władzę dostaje wywód-dowód zachwycający zabójczą logiką. Skoro dziś zbrodniarz ewidentnie i jawnie okazał się zbrodniarzem być, to dawniej mógł też zbrodnie popełniać; a skoro mógł, to na pewno popełnił. Ergo: to on – sam Putin – zamach zorganizował i przeprowadził. I tyle… Po latach szastania milionami publicznych pieniędzy, po latach pozorowanych, rzekomych badań, po latach konferencji, prezentacji, fałszywych oskarżeń i pseudonaukowego bełkotania – tylko taki „sylogizm”? Ano tak…

Panowie Lasek i Rzeczkowski zupełnie świadomie zrezygnowali z przytaczania i kontrowania wszystkich kłamstw Macierewicza i jego jurgieltników. To zadanie polemiczne (jeśli potraktować je serio) ponad możliwości upchnięcia rezultatów w standardowej książce. Kiedyś jednak trzeba będzie je podjąć – sine ira et studio – by zatrzasnąć drzwi do tematu, a klucz utopić w kraterze czynnego wulkanu… W zamian jednak panowie Lasek i Rzeczkowski samokrytycznie uderzyli się w piersi (własne, ale nie tylko), przyznając, że za „sukces” kampanii kłamstw Antoniego M. w pewnym sensie oni sami odpowiadają. Od początku bowiem uczestnicy oficjalnych prac badawczych milcząco w zasadzie przyjęli założenie, że ani postępów i cząstkowych wyników swej pracy komentować publicznie nie będą, ani tym bardziej nie będą polemizować z funkcjonującymi w przestrzeni publicznej (czyli w sieci, mediach społecznościowych i profesjonalnych różnego gatunku i różnych afiliacji politycznych) teoriami, zaczepkami i przede wszystkim bredniami. Członkowie komisji – w zdecydowane większości inżynierowie i uczeni z obszarów wiedzy ścisłej, politechnicznej – sami odizolowali się w badawczej bańce, nie przyjmując do wiadomości treści ani „sensów” medialnego zgiełku, nie wypuszczając do tej otaczającej ich sfery żadnych przecieków, ani nie pozwalając sobie na jakiekolwiek polemiki czy dyskusje. Po prostu mieli poczucie własnej wartości. A nadto uważali, że prawda obroni się sama, że fakty są niepodważalne, a ogłoszenie końcowego raportu przetnie dyskusje.

Takie nastawienie okazało się błędne i złudne, ale członkowie państwowej komisji są po części usprawiedliwieni – ostatecznie żaden z nich do tej pory nie miał do czynienia z tak nasiloną agresją propagandową, ciśnieniem wywoływanym przez media. Ale brak odpowiedniej osłony (na podobnej zasadzie, wedle której funkcjonuje osłona kontrwywiadowcza delikatnych przedsięwzięć wagi państwowej), choćby w zakresie public relations czy zwykłego marketingu politycznego, informacyjnego przeciwdziałania zakusom cynicznych harcowników i tropicieli spisków – to już obciąża ówczesny rząd, który swojej komisji winien zapewnić komfort psychiczny. Ale tego nie zrobił – z powodów do dziś niezrozumiałych. Dopiero po kilku latach członkowie komisji badającej katastrofę zrozumieli, jaki popełnili błąd, tkwiąc w złudzeniu splendid isolation… Na oddanym polu w międzyczasie wyrosła dżungla kłamstw, fantasmagorii, spiskowych teorii i bzdur – już nie do wykarczowania.

Nie sposób oszacować, nawet w luźnym przybliżeniu, bezmiaru szkód, jakie w krajowym życiu publicznym i poglądach prywatnych wielu z nas (niektórzy badacze sprawy uważają, że dotyczy to przynajmniej połowy dorosłych Polaków) wyrządziły macierewiczowskie cyniczne, absurdalne dziwactwa i błazenady – te wszystkie pękające w procesie gotowania parówki, wysadzane (czy aby na pewno trotylem?) w powietrze blaszane baraczki. W każdym razie ludzie podatni na urodę i intelektualne powaby teorii spiskowych zaczęli im wierzyć niewzruszenie. I w tym stuporze trwają do dzisiaj. Ale stosunkowo najważniejszym „dziedzictwem” chucpy Antoniego M. jest całkowite przedefiniowanie, wręcz zdezawuowanie (i to na lata, jeśli nie wręcz pokolenia) zespołu pojęć, kryjący się pod słowem „ekspert”. Od teraz to już nie jest wybitny, wyróżniający się wiedzą i doświadczeniem znawca przedmiotu. Teraz ekspertem może być ktokolwiek. W tej przypadkowej zbieraninie, nazywanej „podkomisją Macierewicza”, diety i honoraria pobierał na przykład architekt projektujący jednorodzinne domki do gminnych katalogów budowlanych; był w niej też jakiś muzykolog czy inny stroiciel fortepianów. Inny swoje doświadczenie awiacyjne wywodził z paru milionów przelecianych mil w samolocie pasażerskim (co daje uprawnienia do zniżkowego biletu). Dosłownie nie było tam nikogo, kto potrafiłby pilotować choćby mały statek powietrzny. Nikogo… Ta błazenada wywróciła niemal wszystkie krajowe hierarchie intelektualne, oparte na wiedzy i doświadczeniu – nie tylko w dziedzinie badania wypadków lotniczych. Ale dosłownie wszędzie. W tym kontekście Smoleńsk będzie w nas długo tkwił – może zostanie na zawsze?

Tomasz Sas
(7 07 2022)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *