Wszystkie barwy marzeń

16 sierpnia 2021
Natascha Lusenti 


Wszystkie barwy marzeń
Przełożyła Monika Woźniak
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021

Rekomendacja: 4/7
Ocena okładki: 3/5

Kamienica złamanych serc

To jest fenomenalna lektura… A ta kamienica stoi gdzieś w Mediolanie (ale nie wiem tego na pewno; w każdym razie w mieście z tramwajami, więc może być też Turyn albo na przykład Bolonia) i ma srebrzystozielone framugi okien. I pięć pięter. Więc gdy taką zobaczycie… Ale w celu ostatecznej identyfikacji trzeba jeszcze zerknąć na tablicę ogłoszeń przy schodach. Czemu? Bo to jedyna w mieście tablica z inseratami wspólnoty mieszkaniowej, dotknięta rąbkiem peplosu którejś z apollińskich Muz. Która z nich zajmuje się felietonem-przypowiastką filozoficzną? Ten gatunek literatury chyba mieści się w kompetencjach Kalliope…

Ingerencja Muzy (przyjmijmy, że to istotnie była wspomniana Kalliope) w materię zawartości tablicy ogłoszeń w kamienicy ze srebrzystozielonymi framugami miała miejsce dlatego, że Lisa, przyjaciółka Emilii, wyjechała na rok do Teksasu, ale mieszkanie, które wynajmowała w rzeczonej kamienicy ze srebrzystozielonymi framugami, miała już opłacone na rok z góry, z mocną opcją prolongaty umowy. Więc po co miałoby stać puste? Z kolei Emilia, przyjaciółka Lisy, zaliczyła mały życiowy sztorm, straciła posadę w firmie badań rynku i zerwała się z kotwicy spokojnej egzystencji; fala wyrzuciła ją – bezrobotną i bez oparcia, bez mieszkania, bez mebli i innych klamotów, tylko z dwoma pełnymi, ciężkimi transporterkami do przenoszenia… kotów – przed bramą kamienicy ze srebrzystozielonymi framugami. Mieszkanie – kilkupokojowe i prawie puste – jest na drugim piętrze, a koty są dwa – kotka Lu (co tu ukrywać – trochę przyciężka, bo żarłoczna i zapasiona) i wycofany kocurek Leo. Przed całą trójką – przynajmniej rok mieszkania w kamienicy ze srebrzystozielonymi framugami okien…

I w tym momencie powinien (i mógłby – jak najbardziej…) się rozpocząć standardowy romans wszech czasów. Trzeba byłoby tylko wprowadzić do fabularnej intrygi jeszcze odpowiedniego faceta. Najlepiej samotnego przystojniaka (umięśnionego, ale nie za bardzo) po przejściach, zamkniętego w sobie i zranionego jakby, a do tego z małym, potrzebującym nieustannej uwagi i fachowej opieki, dzieckiem – najlepiej inteligentnym chłopcem, tak do dziesięciu lat góra… Tak mogłaby się zacząć pokomplikowana historyjka, o której z góry wiadomo, że się dobrze skończy. Mogłaby, ale debiutująca (choć skądinąd doświadczona dziennikarka…) w buszu romansowej prozy Natascha Lusenti postanowiła nie ułatwiać sobie zadania.

Wykreowała na swój użytek bohaterkę dotkniętą w zasadzie pospolitym, ale mimo wszystko osobliwym syndromem „nieważności”. Osobniki nim obarczone cierpią na dość specyficzną psychozę maniakalną, autodestrukcyjnie mniemając, że są nieważni, anonimowi, a przez to niedostrzegalni. Innymi słowy: nie istnieją w sensie społecznym – a ich bogate na ogół życie wewnętrzne jakoś nie znajduje sposobu ekspresji, ujścia na widok publiczny. W rezultacie są nie tylko nieważni oraz niewidzialni – są także „nieuważni” (w sensie: nie zwracający uwagi; nawet bystry obserwator po chwili nie powie, jaki mieli kolor włosów, oczu, w co byli ubrani, jakim szli krokiem, a po dwóch chwilach będzie miał wątpliwości nawet co do płci „nieuważnego”). W języku hebrajskim ten stan opisuje specjalne słówko nebbish – oznacza osobę, której istnienie zauważamy dopiero wtedy, gdy wychodzi z pokoju… Emilia – główna bohaterka prozy pani Lusenti – jest właśnie takim wycofańcem; nieśmiała do tego stopnia, że oczy ukrywa pod grzywką. Ta maska z włosów opadających na twarz to znak firmowy typowej „nieuważnicy”; z oczu przecież za dużo można wyczytać, one potrafią zdradzać emocje, uczucia, stan ducha. Całkiem mimowolnie. Nie można im na to pozwolić…

Emilia jest przypadkiem prawie beznadziejnym. Na szczęście to „prawie” robi jednak różnicę. Bo oto Lusenti wmontowała swej bohaterce bezpiecznik, reagujący na oznaki kolapsu osobowości. W rezultacie wygląda to tak, jakby nieszczęsna Emilia realizowała zadanie terapeutyczne, narzucone przez psychoanalityka, chociaż w istocie sama stawia sobie diagnozę sytuacyjną i podejmuje (być może nieświadomie…) skuteczne środki zaradcze. Aczkolwiek nieco ekstrawaganckie… Otóż pewnego ranka Emilia przelewa swoje myśli na papier (po prostu: długopisem na kartce…), nadając im formalną postać anonsu, jaki zwykle wywieszamy na ogólnodostępnej tablicy ogłoszeń. Co oznacza, że zamierzała tekst skierować do sąsiadów z kamienicy. Zaczyna się niekonwencjonalnie. „Dzisiaj rano zbudziłam się i postanowiłam Was spytać, kiedy ostatni raz czuliście się szczęśliwi.” Potem kilkanaście zdań o swoim pojmowaniu szczęścia… W formule gawędy egzystencjalnej, filozoficznej zgoła, czego jednak na pierwszy rzut oka nie było widać. Proste słowa, prosty tekst, proste pytania… Tematy też najprostsze – było o zwyczaju ustawiania książek na podłodze czy blacie biurka (sam to robię) w pionowe, wysokie kolumny, o pożytkach z posiadania kieszeni, o znaczeniu kolorów (a kolory w życiu Emilii były bardzo ważne), o płaczu, o jeździe na rowerze. Innymi słowy: to były listy w butelce albo międzygalaktyczne sygnały do Obcych z zaproszeniem do nawiązania kontaktu…

I co powiecie? W surowej, mieszczańskiej kamienicy mediolańskiej (chyba) dochodzi do małej rewolucji mentalnej. Zachodzą intensywne interakcje, zaczyna się jakiś intelektualny ferment, pojawiają się nieformalne więzi i zderzenia, dochodzi do nieoczekiwanych socjalizacji; pojawiają się konflikty, sojusze i „ciągi dalsze” – niekoniecznie już związane z epistolografią na korkowej tablicy. Jak zawsze, gdy w spokojnie urządzonym stawie pojawia się głodny szczupak… Zwolennicy porannej lektury komunikatów Emilii zawierają ściślejszą koalicję towarzyską. Zaś przeciwniczki bezczelnych epistoł tego rozwydrzonego dziewuszyska doprowadzają do… zamknięcia tablicy w oszklonej gablocie. Na co zwolennicy przypominają Emilii o jednym ze stu pożytków z dawno poczynionego wynalazku przezroczystej taśmy klejącej typu scotch na celofanie… Ale poprzestańmy z tym ujawnianiem dalszego ciągu intrygi. Niech coś zostanie dla czytelników do samodzielnego odkrywania i niezaskakujących zaskoczeń tudzież skrętów fabuły.

Zresztą ważniejszy od biegu zdarzeń jest klimat tej opowieści – gęsty od znaczeń, sentymentalny i sugestywnie kolorowy.

Dla Lusenti kolorowy kod życia wydaje się niezwykle ważny. A jej Emilia wydaje się być więźniem kolorów. Różowy (bardzo dla Emilii ważny, może najważniejszy – od czasu, gdy rodzice kupili jej różową watę cukrową na patyku podczas wypadu do cyrku), żółty, niebieski, silne dominanty ekscentrycznie wyrazistej czerwieni… No i biały – istotny nie mniej niż róż. Emilia potrzebuje kolorów. Kolory uruchamiają jej wyobraźnię, są budulcem marzeń. A marzenia przecież nigdy nie są szare – nieprawdaż? Zresztą z tymi kolorami dziwna sprawa… Emilia prawdopodobnie zdziwiłaby się, gdyby jej ktoś powiedział, że oko ludzkie potencjalnie potrafi dostrzec i rozróżnić jakieś szesnaście i pół (albo może trochę więcej) miliona (tak, to nie pomyłka!) kolorów (ale tylko szesnaście odcieni szarego). Ale może ta wiadomość ucieszyłaby ją; tyle możliwości kolorowania marzeń! Kalejdoskop prania wirującego w bębnie, sezonowa ruchliwość barw owoców i warzyw na straganach targowiska, zaskakująco różne kolory ludzkich twarzy w tramwaju – gdyż szary świt, gdy świecą lampy, gdy niskie słońce wpada przez szyby, kolorowa kakofonia okładek na ladach i grzbietów na regałach w księgarni, zaskakujące wyszukaną jaskrawością snopy sztucznego kwiecia na stoisku przed cmentarzem… Ma zajęcie wyobraźnia, jeśli karmi się kolorami. I myślałby kto, że miasto nie jest kolorowe? Jest – tylko trzeba widzieć. Jak Emilia.

To dlatego proza Nataschy Lusenti jest tak fenomenalnie emocjonalna. Ona oddaje głos pragnieniom, wrażeniom, sugestiom, szeptom podświadomości, drganiom fal zmysłów. To nic złego czasem tego głosu posłuchać, a nawet się zasłuchać. Zwłaszcza dziś.

Tomasz Sas
(16 08 2021)

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *