Na polanie wisielców

22 czerwca 2018

Robert Dugoni

Na polanie wisielców
Przełożył Andrzej Szulc
Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o., Warszawa 2018

Rekomendacja: 3/7
Ocena okładki: 2/7

Od zbrodni czterdzieści lat minęło…

Detektyw z policji w Seattle Tracy Crossworth jest mistrzynią strzelania – z glocka .40 potrafi oddać sześć strzałów w niespełna dziesięć sekund, trafiając z piętnastu metrów sześć razy w centrum tarczy. I robi to nie incydentalnie, ale za każdym razem – rozwala środek tarczy sylwetkowej w regulaminowym punkcie trafienia, wyznaczającym pole skutecznego strzału w środek masy ciała… Tracy Crossworth to groźna broń – najgroźniejsza na stanie departamentu policji miasta Seattle w stanie Waszyngton.
Czytelnicy anglosascy Roberta Dugoniego mogli się już o tym przekonać sześciokrotnie – tyle bowiem autor „nastukał” powieści ze swą ulubioną bohaterką. My na razie trzykrotnie (proces kupowania praw i tłumaczenia jednak musi potrwać…). Ale to wystarczy, by przywyknąć do literackiej kreacji – zwłaszcza że jest całkiem przyzwoita. Za to twórca poddaje swą bohaterkę wymyślnym „torturom” intelektualnym… Już na początek wspólnej przygody (zakrojonej na lata, jak się wydaje…) kazał, by Tracy zajęła się rozwiązaniem zagadki zniknięcia przed dwudziestu laty swej siostry Sary, bo właśnie znaleziono jej szczątki – i to z dowodami, raczej wykluczającymi sprawstwo człowieka, który dwadzieścia lat temu został skazany za zbrodnię po poszlakowym procesie… Więc kto zabił? „Grób mojej siostry” z naddatkiem spełnia postulat inteligentnej intrygi, o czym napisałem w tym blogu jakieś półtora roku temu (dokładnie 11 marca 2017), chwaląc autora, choć nie wsadziłem mu na łeb lauru geniusza, jak uczynił to Amazon (jego wydawca i sprzedawca) – ze zrozumiałych względów. Robert Dugoni jawił mi się jako arcysprawny rękodzielnik, z okiem i smykałką do szczegółów, ale bez tej znamionującej prawdziwego geniusza łatwości i i atrakcyjności roboty fabularnej, umiejętności opowiadania… Po lekturze powieści trzeciej w szeregu – „Na polanie wisielców” – opinię tę podtrzymuję – uzupełniając o przekonanie, że Dugoni bardzo szybko się rozwija i opowiada coraz lepiej, ciekawiej i zajmująco…
Tym razem znów mamy do czynienia z kryminalnym „wehikułem czasu”, ale dystans do przemierzenia jest dwukrotnie dłuższy: od zbrodni (domniemanej, bo nikogo na serio wtedy nie podejrzewano ani nie oskarżono) minęło czterdzieści lat.
Tracy ma akurat na warsztacie dziwne zabójstwo „domowe” w familii Collinsów. Żona przyznała się, że zastrzeliła męża (z trzydziestkiósemki, w plecy…) w samoobronie; byli w trakcie rozwodu… Do tej samej zbrodni przyznał się osiemnastoletni syn Collinsów. A do tego świeża wdowa okazała się być córką najwredniejszego adwokata w okolicy, niejakiego Atticusa Berkshire’a, który podjął się oczywiście jej obrony… Sprawa nie do pozazdroszczenia dla policji i prokuratury.
Jednocześnie koleżanka z policji – szeryf w miasteczku Stoneridge – poprosiła Tracy o pomoc w rozwikłaniu sprawy, której akta znalazła w biurku swego niedawno zmarłego ojca – również szeryfa w Stoneridge. Tata Buzz kwitów nie oddał do archiwum ani nie zniszczył regulaminowo; widocznie sprawa go męczyła, choć formalnie zakończyła się postanowieniem o umorzeniu z powodu stwierdzenia, wspartego opiniami biegłych, że domniemana ofiara popełniła samobójstwo.
Pewnego listopadowego wieczoru w 1976 roku siedemnastoletnia uczennica miejscowego liceum, Kimi Kanasket – Indianka z lokalnego plemienia Klickitatów, wysportowana biegaczka, zaginęła w drodze z pracy (dorabiała jako kelnerka w przydrożnym barze…) do domu. Miasteczko było akurat podminowane, a atmosfera rozwibrowana, bowiem drużyna futbolowa z liceum prowadziła w lidze stanowej (po raz pierwszy w dziejach), a ostatni przed zdobyciem mistrzostwa mecz miał być nazajutrz. Poszukiwania Kimi nie mogły zakłócić oczekiwanego miasteczkowego święta. Ale wędkarze przypadkiem znaleźli ciało kobiety zaczepione o gałęzie w nurtach rzeki White Salmon. Uznano, że Kimi popełniła samobójstwo skacząc z mostu – z powodu zawodu miłosnego; jej były chłopak demonstracyjnie umówił się z inną w barze, w którym Kimi pracowała… Tylko młody policjant Buzz miał wątpliwości i porobił kilkadziesiąt zdjęć w okolicy niefortunnych wydarzeń. Tyle że śladów nie potrafił zinterpretować, a badania CSI (Crime Scene Investigations) były wtedy w fazie „prenatalnej”, osobliwie na prowincji. Buzz, wiedziony wszelako instynktownym przeczuciem potrzeby wymierzenia sprawiedliwości kiedykolwiek, akta skompletował i przechował…
Dzięki upierdliwej dokładności Buzza i jego zamiłowaniu do porządkowania szczegółów (to akurat dobre cechy policjanta śledczego) nawet po czterdziestu latach Tracy (z małą pomocą przyjaciół) miała ułatwioną robotę… Nie odbierając czytelnikom przyjemności samodzielnego śledzenia postępów śledztwa, tropów nie zdradzimy. Dość powiedzieć, że główny kształtujący intrygę motyw to tajemne sprzysiężenie, mające na celu ukrycie zbrodni. Motyw wielokrotnie w literaturze kryminalnej (i nie tylko) eksploatowany – ze spektakularnymi załamaniami psychicznymi, wyrzutami sumienia, desperackimi poczynaniami osobistymi i… kolejnymi zbrodniami. Dugoni „Na polanie wisielców” przepracowuje ten literacki motyw całkiem zgrabnie: szwów i spoin nie widać…
Za to – jak zwykle u tego autora – perfekcyjnie narysowane pejzaże, klimaty, imponderabilia i didaskalia. Czujesz się w trakcie lektury nie jak oddalony obserwator, ale bliski uczestnik, któremu dreszczyk zagadki udziela się nieoczekiwanie, lecz nieodwołalnie. I to jest dobre uczucie. W czasach powszechnego zobojętnienia, spłycania emocji i dystansowania się odrobina zaangażowania ma znaczenie terapeutyczne – doprawdy. Dugoni z równą wprawą porusza się w materii prawno-kryminalistycznej, co psychologicznej. Ta równowaga obu sfer znacznie ułatwia obcowanie z klimatem zbrodni, pozwala czynnie (choć wyłącznie w sferze wyobraźni, z dala…) uczestniczyć w postępach śledztwa, towarzyszyć pani detektyw i jej kolegom w procesie dochodzenia do prawdy (czasem nawet można ów proces wyprzedzić…). I na tym polega zabawa przy lekturze kryminału. Wiedzą o tym porządni rzemieślnicy i przyjemność czytelnika stawiają wyżej niż swe autorskie ego. A na ogół rozbuchane ego każe im kręcić piruety intelektualne – pod hasłem: „jaki ja mądry jetem, patrzcie ino!” Tyle że czytelnik ma z tego drogę przez mękę, a nie przyjemność z lektury. Ale tym razem obiecuję przyjemność…
Tomasz Sas
(22 06 2018)


 

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *